czwartek, 15 kwietnia 2010

Działka lodów - wspomnienie dawnych smaków


Na słowa "jedziemy na działkę" dostawałem w tamtym czasie beżowej lub fioletowej gorączki. To było w latach 80-tych.
Wiłem się jak węgorz, aby słowa Dziadka nie nabrały mocy.
Miałem kilka zaledwie chwil, aby podać przekonujące argumenty, odwodzące go od jego zwyczajowo stalowych decyzji.



- Koledzy formują dwie drużyny, zaraz będzie mecz.
- Mecz powiadasz? Nie masz lepszych pomysłów? Masz tu klucze od piwnicy. Dasz radę wyprowadzić „komarka”? Pierwszy raz?

Czasami dałem się podejść, co nie znaczy, że na działkę jeździłem z chęcią.
Na początku tego nienawidziłem.
Tych piwonii, które rosły ogromnym szpalerem na froncie działki pyszniąc się swoimi olbrzymimi kolorowymi łbami, agrestu rosnącego długim rzędem przecinając działkę na pół, a o który kaleczyłem przy zbieraniu dłonie, pompowania wody do wielkiej wodnej trumny, bo tak mi się ów pojemnik bez wieka kojarzył, zbierania papierówek, wykopywania ziemniaków, buraków i marchwi.
Lubiłem tylko to jedno duże drzewo, które przez wiele lat rodziło doskonałe brzoskwinie, małe welurowe kulki rozkoszy z cieknącym po szyi sokiem.
To drzewo było jedynym wykrzyknikiem przykuwającym moją uwagę na Dziadkowej działce zaoranej znakami zapytania.

Kopałem i spulchniałem całą działkę z pasją traktora, aby szybciej zrobić swoje i zdążyć na mecz, wyjazd nad jezioro, wycieczkę rowerem.
Wiele razy musiałem poprawiać, bo linie proste myliły mi sie z ukośnymi.
Kopiąc, planowałem zemstę, nie zdając sobie spawy, że jutro będę na obiad jadł te wykopane ziemniaki, smażone z cebulą, które Dziadek potrafił zrobić tak, że bolał mnie brzuch po dokładkach.
Do tej pory próbuje go bezskutecznie naśladować.
Nie mam pojęcia jak niektórzy ludzie robią pozornie proste rzeczy, których nie jesteśmy wstanie naśladować.

Ale najgorsze były piwonie. Rosły w takich ilościach jakby po naszym wyjeździe pieprzyły się całą noc. Z każdym dniem było ich coraz więcej.
Dziadek ciął je, wkładał do wiadra z wodą i wysyłał mnie na rynek.
Tak nazywaliśmy kilkanaście metrów alejki przy parku na przeciwko kościoła gdzie babcie, dziadkowie i ja sprzedawali to, co urodziło się na ich działkach.

Tachałem to plastikowe wiadro z domu przez moje osiedle wydzielając z siebie chmurę wstydu.
Szedłem obok restauracji Kameralna, stało tam wtedy w wielkiej kolejce milion osób po lody, sprzedawane z małego okienka wydłubanego w ścianie.
Nie muszę dodawać, że była niedziela.
Po złoty czterdzieści lód mały, duży po dwa osiemdziesiąt, nie było zmiłuj się, żadnych promocji czy gratisów.
Czekaliśmy zawsze na panią Elę, grubą panią z kokiem, który nie mieścił się jej w okienku, więc nienaturalnie wyciągała przed siebie rękę z lodem.
Powszechnie, lody były śmietankowe, ale zasięgaliśmy języka i wiedzieliśmy, kiedy pojawią się kakaowe. A raczej śmietankowo kakaowe. Skręcona spiralnie piramida dwóch kontrastujących kolorów działała na nas zaocznym skrętem kiszek. Ten kok i te lody. Piramidalne szczęście.

No więc, przechodzę obok kolejki, która wygląda jak dorzecze amazonki a ludzie odchylają się od bijącej z moich policzków czerwoności wstydu.
Woda z wiadra leje się na boki.
Symbolicznie płaczę znacząc całą drogę na rynek wilgotnym śladem.
Siadam w tej geriatrycznej alejce - wtedy nie znałem takich mądrych słów - i siedzę.
I za cholerę nie pamiętam na czy ja tam mogłem siedzieć jak przyniosłem oprócz wiadra jedynie własną dupę. Może i stoję.
Więc stoję i kiwam się na boki, aby babcine oczęta nie mogły się skupić na mnie bardziej niż by chciały.
W tamtym czasie miałem prześliczne białe włoski - to opinia nie moja - wyglądałem jak albinos z kręconymi loczkami aniołków jak na obrazach Rafaella. Myślałem najnormalniej w świecie patrząc na swoich kolegów, że jestem chory.
A babcie patrzą się na mnie jak w obrazek z kościoła i wtykają swoje paluchy w moje loczki. Jak laleczka, jak amorek. Kurna jak laleczka - myślę.
Wsadziłbym im te piwonie w tyłek razem z wiadrem jakbym miał wtedy tyle siły.

Stoję i gapie się na ich wiadra z kwiatami, jabłka i rowery i myślę jak zabić za to wszystko Dziadka.
Mija godzina, mam pięć złotych, dwie, mam osiem, dziesięć, dwadzieścia pięć. Jestem bogaty. Piwonie to najlepsze kwiaty na świecie, niech się pieprzą w nocy i rozmnażają a śmierć Dziadka przecież może poczekać.

Kiedy z pustym wiadrem opuszczam targ nie ronię łez, pluję na ulicę, aby pokazać jaki ze mnie kozak. Bogaty kozak.
Koledzy przestają się śmiać, kiedy wyciągam pięciozłotówki z rybakiem i mówię: no co, po duży podwójnym czy wolicie małego loda?
Armia kolegów powiększa moje szeregi z każdą minutą. Generał piwonii rozdaje ordery władzy.

A kiedy dziadek mówi: weź szpadel i skop grządki a ja przynoszę łopatę, zabiera mi ją i wręcza odpowiednie urządzenie. Tym się kopie, tym nabiera.
I tak nie rozumiem, więc kopię. Widzę piwonie, moje emblematy władzy, generalskie pagony.
Jestem wściekły na Dziadka, ale nie mógłbym mu o tym powiedzieć ani napisać, nie ma blogów ani internetu. Nie przeklinam go w myślach. Kopie ten rów rozpaczy, myślę tylko o rowie, aby zrobić to tak jak pokazywał Dziadek.
Słońce chyli się ku upadkowi, kiedy kończę, podchodzi Dziadek i mówi: chłopcze, do takiej grządki jak wykopałeś do bez suwmiarki nie podchodź, muszę to pokazać moim kolesiom z pracy, niech się głąby uczą. I właśnie wtedy piekło stało się niebem.
Pomijam moją wpadkę z wbijaniem pierwszy raz gwoździ, jak żeśmy przybijali papę na dachu. Dziadek trzymał w palcach gwoździa a ja miałem go wbić.
Spadł biedak z dachu.
Zamachnąłem się do chmur i walnąłem w Dziadkowy palec z siła rosyjskich katiuszy. Wszedł na dach jakby dzień był zwykłym dniem mimo krwawiącego palucha, którego co jakiś czas wkładał do ust i pluł krwią na poletko gdzie spacerowały kury.
Może, dlatego ich żółtka były tak intensywne.

Kopanie przestało mi sprawiać taki ból jak wcześniej. Nawet parokrotnie oszukałem kolegów, że nie mogę z nimi grać, bo chciałem zrywać agrest, wbijać gwoździe i zrywać papierówki prosto z drzewa przy zapachu papierosów "popularnych", które Dziadek miał czasami chęć zapalić z niewiadomych dla nas przyczyn, bo był niepalącym. Ale ten dym pamiętam do dziś, zapach tytoniu, bo to, co się dzisiaj pali, tytoniem raczej nie jest.
Dziadek był jak sufmiarka, z której za nic nie da się zetrzeć linii na niej wyrytych. Proste genialne urządzenie. Pozornie bezduszna, metalowa konstrukcja.
Bezsensowna, kiedy się nie pozna głębiej, do czego tak naprawdę służy.

I jeśli bym sobie kiedykolwiek w życiu czegoś życzył, to chce dostać na prezent starą suwmiarkę i takiego loda jak za tamtych czasów.
--------------------------------------------------


  • 500 ml mleka (kupuje mleko firmy Robico – jak na razie jedyne, które po zostawieniu w lodówce na dłuższy czas przemieni się w maślankę i wszystko, co z mleka da się zrobić) 
  • 8 żółtek – (jaja wiejskie oczywiście)
  • 150 g cukru
  • 250 ml kremowej śmietany
  • tabliczka gorzkiej 70 procentowej czekolady
  • 4 łyżki kakao rozmieszane z odrobiną mleka
  • ¼ miąższu z wanilli. 
  1. W misce utrzyj żółtka z cukrem jak na kogel mogel.
  2. Miskę wstaw do garnka z pyrkającym wrzątkiem i nadal mieszaj.
  3. Ugotuj mleko i wlewaj powoli do miski z masą żółtkową.
  4. Cały czas ubijaj trzepaczką 
  5. Masa powinna po kilkunastu minutach zgęstnieć.
  6. Zdejmij miskę z ognia.
  7. Ucieraj aż do przestygnięcia.
  8. Ubij na gęsto śmietanę i dodaj do masy żółtkowej.
  9. Dodaj kakao i wanilię
  10. Wcześnie włóż do zamrażarki jakąkolwiek płaską powietrznię (kamienną, metalową szklaną)
  11. Przełóż masę na lody do odpowiedniej dla ciebie formy i zamroź.
  12. Po 2 godzinach wyjmij lody i zamieszaj łyżką
  13. W kąpieli wodnej rozpuść czekoladę z łyżeczką cukru.
  14. Na wyciągniętą z zamrażalnika płaską powierzchnię wylej masę czekoladową i szpatułką lub czymś płaskim rozprowadź po powierzchni na dość cienko.
  15. Kiedy czekolada stężeje zdejmij ją używając płaskiego narzędzia. 
  16. Otrzymasz płaskie wiórki, które umieścić należy w lekko już stężałych lodach. 
Zostaw część do ozdoby.
Podawaj jeśli lubisz z kawałkami mango.
To prawdziwa przyjemność zjeść własne lody wieczorną porą, mimo, że żadna na nie jeszcze pora.

13 komentarzy:

gin pisze...

Hmm... Pozwolisz, że nie odniosę się do przepisu? Bo moją uwagę zwróciła Twoja historia. O Dziadku. Mój też miał swoją działkę. Na której nie musiałam kopać, ale robiłam to z przyjemnością. Pomagałam jak tylko potrafiłam, i byłam przeszczęśliwa. Zresztą - z Dziadkiem wszystko było najlepsze :)

Obudziłeś moje wspomnienia - dziękuję :)

MajaK pisze...

..och Bareya...nawet nie wiesz jak Ci zazdroszczę TAKIEGO Dziadka.....ja nie znałam żadnego ze swoich dziadków...umarli zanim się urodziłam....a jedyna Babcia którą znałam nie lubiła dzieci...:)....
.....cudnie ...ciepło opowiadasz......
...a lody tak opisałeś,że znowu się głodna zrobiłam.....

grazyna pisze...

Dla mnie lody kojarzą się z 1 maja, kiedy to po pochodzie otwierano budkę i zaczynał się sezon lodowy...
Pięknie to opisałeś. Ja też dziadka nie miałam a na działkę chodziłam z Rodzicami...

ewelajna pisze...

Bardzo, bardzo, bardzo fajna historia, ładnie napisałeś...:) Bardzo, bardzo, bardzo fajny Dziadek...:)
Ale takie rzeczy docenia sie zawsze troche później, albo wcale... Dobrze, że Ty go doceniłeś. U mnie podobnie było z mamą i działką. Dorosłam - zrozumiałam, uwielbiam... Pozdrawiam serdecznie:)

Ola pisze...

Nigdy w życiu nie czytałam tak zaczarowanego wstępu do przepisu. Widząc przed oczami te piwonie, czerwone jak wypieki wstydu, słysząc spluwanie dumnego z siebie chłopca całkowicie zapomniałam o przepisie na lody. Musiałam czytać jeszcze raz. Nie żałuję. Pozdrawiam.

Bareya pisze...

gin:: Przepis na lody prościutki ale cieszę się, że go w końcu zrobiłem. Nie ma co komentować to fakt ale jak zasiedliśmy do tego prostego deserku miny mieliśmy wesolutkie a przy mnie Dziadek siedział i na pytania rodzinne zdziwiony nie odpowiadałem zatopiony gdzieś tam. Za pomocą kilku żółtek, mleka i czekolady. I w tym przepisie dzisiaj o to chodziło. O nastrój. O przywołanie...

Maju:: Zawsze mi kadzisz za co dziękuje i żałuje, że Dziadka nie miałaś, nie poznałaś. O Babci się wypowiadać nie wypada. I dawaj ten adres i się nie kryguj bo rillettes Ci wysyłam. No dawaj. Na profilu masz mój adres.

grazynko:: Dziękuje. I wiesz co. Z pierwszym maja mi też się lody kojarzą. Jakoś się wtedy jak spod ziemi pojawiały. Teraz mi się to przypomniało.

ewelajna:: To prada, że niestety po czasie dostrzegamy rzeczy właściwe. Musimy się odsunąć od góry własnego egoizmu aby zobaczyć jej szczyt. Wtedy wszystko jest jasne. Również pozdrawiam ciepło choć dziś zimniaście raczej.

Olu:: Dziękuje Dobrodziejko za te słowa. Dziś właśnie mi o to chodziło. I nie tylko dzisiaj. Bo kuchnia dla mnie to historie. Przygody i drugi człowiek jakby to miało naiwnie brzmieć to i tak będę to prawił do końca życia.
Cel osiągnięty. Jedzenie + nastrój i wspomnienia. O to chodziło.

MajaK pisze...

..jesteś jeszcze ?......

Paula pisze...

mmm, TA czekolada... ~_~

Anonimowy pisze...

Bareyo, pierwszy raz dziś trafiłam na bloga Twego, ale przysięgam zaglądać jeszcze będę.
Historia o Dziadku ... piękna po prostu.
Ja miałam Babcię, a Babcia miała działkę... dalej nie będę pisać bo wzruszyłam się.

MooMoo

Bareya pisze...

MooMoo:: Bo dla mnie kuchnia to nie tylko piękne zdjecia i potrawy. Tak na prawdę to guzik warte. Oczywiscie guzik z pętelką...
Dzięki za komentarz

buruuberii pisze...

I jestem po owym deserze :) Wiesz Bareyo, okropnie podoba mi sie atmosfera wapisu, takie opowiesci buduja nasz swiat, czy to opowiesci super wesole, czy tak jak ta odrobine smutne. Zastanawiam sie jaki dziadek byl naprawde, czuje ze nie jest to postac cukierkowa, nie taki dziadek ktorego sie ciagnie za kolnierz i przesiaduje mu na kolanach, jaki by nie byl, rozumiem ze zamilowanie do linii Ci pozostalo :)

Bareya pisze...

buruuberii:: Pisze w wielu miejscach o moim Dziadku - bo on mnie wychowywal (na drugim blogu tz). To byl konkretny ale cieply czlowiek. Wojna i oboz w Majdanku nieco go przybily do ziemi taj jak pozniej "komuna". Ale dawal z siebie mimo to bardzo wiele. Kazdego dnia mi go brak.
No i smak, kuchnia dla mnie, to historie nieodlacznie z nia zwiazane. Smak zalezy nie tylko od komponentow, przypraw ale od ludzi, sytuacji, miejsc...
A zamilowanie do linii okraglych pozostalo mi na pewno - skladam sie z wielu okraglosci.
pozdrawiam

buruuberii pisze...

Czyli to opowiesc z usmiechem na ustach, ale i z lza w oku...

Z liniami to raczej kojarzylam Twoj zawod :-)

Pozdrawiam cieplo!