czwartek, 23 września 2010

Malezja



Kocham każdą sekundę życia, wypełnioną smakiem i zapachami.
Kocham kochanie pod każdą postacią i w każdym miejscu.
Najważniejszy jest smak.
Dupsko może brodzić w kałuży, byleby odpowiednie części ciała były w odpowiednich miejscach.
Zboczone?
No to jestem zboczony.
Jestem psychopatycznym Hanibalem Lecterem, który chętnie posmakowałby waszego mózgu gdybyście mu na to pozwolili.
W końcu to wasz mózg.

Jakiś „meloman” nut, wygrywanych na moim blogu, postanowił sprawdzić surrealistyczną naturę naszego życia.
Zaprosił do Malezji
Zapewnia noclegi, wyżerkę, transport a nawet sprzęt fotograficzny, którego mi brak, a co najważniejsze – miejsca, które zna od kilkunastu lat niedostępne nawet dla National Geografic – jak się wyraził.
Nie może się człowiekowi nic bardziej beznadziejnego zdarzyć jak niemożność skorzystania z takiej okazji.
Chcę tam jechać, pisać, fotografować.
Ktoś zapewne zada pytanie, rzuci bezwiednie, że przelot samolotem to nie taki duży koszt, że można pożyczyć pieniądze choćby i od teściowej.
Prawda niejaka w tym tkwi, ale kiedy się nie posiada środków na pokaźnej wielkości szynkę na niedzielny obiad, to zgoła 6 tysięcy złotych polskich może przyprawić o zawrót głowy.
Po drugie, o ile było jakieś pierwsze, dobrze by było mieć jakiegoś sponsora, który użytek by niejaki zrobił z tego – co zamierzam z tak odległego miejsca przywieźć.
Na blogu – ktoś powie – zamieszczałbyś opowieści o kuchni Malezyjskiej ciesząc się dziesięcioma czy dwudziestoma komentarzami.
Nie powiem, że to nie jest złe, bo kocham moja małą grupkę zacnych gości, co utrzymują mnie w przekonaniu, że zamiast oglądać seriale, powinienem gotować, piec i siekać.
To mnie – szczerze powiedziawszy – jako tako utrzymuje przy życiu.
Ale gna mnie gdzieś dalej, chce poznawać świat przez kuchenne drzwi, poznając stojących za tymi drzwiami ludzi, ich kulturę, ich myśli, marzenia, tęsknoty, kolory życia na patelni usmażone.
Chciałbym być kulinarnym emisariuszem jednoczącym ludzi przez ich kuchnię, przez ich smaki. Chciałbym być jak Anthony Bourdain, pośrednikiem w międzynarodowym zjednoczeniu odmienności zawartej w religii smaków i potraw.
I jak śmiesznie to brzmi wierzę, że znajdzie się ktoś, kto mi to umożliwi.
Bo wierzę w dobry smak, dobre potrawy czynione przez dobrych ludzi.
A dobrzy ludzie to sól ziemi jakkolwiek abstrakcyjnie to może w tym momencie zabrzmieć.

p.s. tekst od sponsora z Malezji – (bez korekty, interpunkcji, itp.)
Szanowny Panie Bareya,
Nazywam sie  [Nazwisko Usuniete Na Zyczenie Sponsora], jestem wlascicielem firmy informatycznej (---Nazwa Firmy---).
Jako jeden z nielicznych reprezentantow obywateli Polski w Malezji i Tajlandii,
gdzie mieszkam od 15 lat, sledze z zainteresowaniem wydarzenia w moim
rodzinnym kraju, zwlaszcza ciekawe i istotne zjawiska w sieci
Internetowej.
Zauwazylem, ze ostatnio coraz dojrzalszy staje sie Panski blog
kulinarny Nalesnikiem-Do-Nieba.
Jest to fakt niepodwazalny, szczegolnie, gdy Pana impomujacy zbior
ciekawych artykulow kulinarnych i nie tylko, zostal zauwazony i
opisany na lamach ugotuj.to, ktore jest dzieckiem gazeta.pl

W zwiazku z powyzszym, przyszedl mi do glowy pewien pomysl, ktorego
realizacja ma duze szanse powodzenia.
Moja firma niniejszym oferuje Panu sponsoring 1-2 tygodniowego pobytu
w Malezji i Tajlandii, pokrycie wszelkich kosztow podrozy na terenie
Poludniowo Wschodniej Azji, zakwaterowania, wyzywienia i innych
powiazanych wydatkow.

Czego oczekujemy od Pana?
1. Dane osobowe (nazwisko, imie, adres, numer paszportu, telefon
komorkowy), dla ulatwienia i przyspieszenia wymiany informacji,
2. Bezpiecznego przylotu do Malezji na wlasny koszt (liczymy na to, ze
znajdzie Pan lokalnego sponsora biletu powrotnego z Warszawa, Polska
do Kuala Lumpur, Malezja).
3. Opublikowania kilku artykulow kulinarnych lub podrozniczych /
fotoreportazu z Malezji i Tajlandii, ze skromna wzmianka o (---Nazwa Firmy---)
jako sponsorze.

Mamy nadzieje, ze w Polsce rowniez znajda sie sponsorzy,
zainteresowani Pana talentem i unikalnym podejsciem do pisania,
ktorzy chetnie pokryja koszty biletow lotniczych, w zamian za rozsadna
ilosc materialow reporterskich i wysokiej jakosci fotografii.

Firma (---Nazwa Firmy---) blisko wspolpracuje z polska ambasada, wiec moglibysmy
nawet zorganizowac wieczorek kulturalny dla pracownikow ambasady i
nielicznego grona Polakow w Malezji, z polskimi i nie tylko daniami
przygotowanymi przez Pana Bareye, na malezyjskiej i tajlandzkiej
glebie.

27 komentarzy:

Polka pisze...

Bareyo brzmi ZAJEBIŚCIE, ale ten przelot na własny koszt mnie niepokoi...

No nic. Nie będę wzbudzać niepokoju.

A jeśli przestaniesz pisać o gotowaniu to blogosfera zbiednieje oj zbiednieje. Nie rób tego!

arek pisze...

Powiem to samo co Polka: przelot na własny koszt mnie niepokoi...
ale jak Ty chcesz byc jak A. Bourdain to przygoda pierwsza klasa! Bo nawet gdyby tam nikt na Ciebie nie czekal, to material bedziesz mial rewelacyjny!!

arek pisze...

W kazdym badz razie ja trzymam kciuki za pozytywne rozwiazanie zagadki i relacje z Azji!

Polka pisze...

Ja oczywiście też i mam nadzieję na prawdziwą ucztę dla oka!
:)
Ale tego Pana to bym zweryfikowała :)

Pchełka pisze...

kusi, oj kusi..ale ostrożności nigdy za wiele..ale gdyby..się okazało, że..TO CUDOWNIE!!!Wszystkiego dobrego!

Iv pisze...

Drogi Bareyo zanim wyjedziesz zadzwoń do wspomnianej ambasady :). Życzę powodzenia, Malezja jest piękna.

Jswm pisze...

tak sobie właśnie pomyślałam - to samo co Iv napisała.
Zanim zaczniesz zbierać pieniądze, sprawdź 5 razy.
Trzymam kciuki za powodzenie akcji :)
Podpisano : sceptyk ;)

ola.lazar pisze...

Podpisuję się pod wszystkimi wcześniejszymi komentarzami :)

Paulina J. pisze...

"Przygoda, przygoda każdej chwili szkoda". Posprawdzać i w drogę. Czekam na relacje!

Kuba pisze...

Bardzo ciekawa propozycja! Życzę, aby wszystko poszło jak najlepiej. Udostępnij możliwość wpłacania datków na Twój wyjazd - blogerzy sypną groszem i będziesz miał bilet!
Tylko nie daj sobie wcisnąć na miejscu woreczka z białym proszkiem do przywiezienia do Polski ;-)

Anonimowy pisze...

"Jem, pije, fotografuje to, co zjem i wypije."
Robisz fotki dla koprofagów?

maya pisze...

brzmi ciekawie i jesli wyprawa dojdzie do skutku powinno zaroic sie od ciekawych opowiesci kulinarnych.

Anonimowy pisze...

Zapomniałem dopisać. Bareya, jak znam życie to polecisz na własny koszt i w najlepszym razie wytną ci nerkę. Ja bym zaryzykował .

Bareya pisze...

Dzięki "kochani" za komentarze", za te wasze kciuki trzymane w słusznej sprawie i za zaufanie, że mógłbym z "tamtych" miejsc przywieźć ciekawe historie i przepisy.
Kuba:: Dzięki brachu ale nie umiałbym przyjąć pieniędzy od blogerów.
Anonimowy:: wyciąłem to idiotyczne zdanie. Zdarza mi się napisać takie głupoty. Dzięki za czujność.
Jeszcze raz dziękuje wszystkim za entuzjazm.

Atria C. pisze...

Szczerze mówiąc moim zdaniem przelot to jest największy koszt w tego rodzajach wyprawach. Moja koleżanka jechała do Indonezji i to właśnie przelot kosztował najwięcej: przy założeniu że ceny są tam takie jak w Polsce |(wątpię, aby życie było droższe) to te 1000zł na utrzymanie się nie jest dużym problemem. (w indonezji żyła bardzo przyzwoicie przez miesiąc za ten 1tys). Więc również bym się zastanowiła ile Cię ta cała impreza będzie kosztować.

Bareya pisze...

Atria C.:: Oczywiście, że przelot to największy koszt. Właśnie to jest cały "knyf" w tym wyjeździe.
Co do życia: to jest dużo tańsze niż w Polsce. Zdaje się, że 1 kg krewetek kosztuje 1-2 euro. Na przykład. Znajomi byli kilka lat temu więc mam całkiem wiarygodne dane. Zresztą z owym "sponsorem" też mam kontakt więc wiem co i jak.
pozdrawiam

Iwona pisze...

Bareyo poza tym, ze trzymam kciuki, moge ci polecic linie Air Asia, ktore lataja z Londynu do Kuala Lumpur, korzystalam z nich dwukrotnie, to wbrew pozorom bardzo dobry przewoznik :). Funkcjonuja jako tanie linie, sledzac ich, mozna zalapac sie naprawde na dobre promocje. Kupujac dzis bilet np. na kwiecien, lecisz za niecale 700 zl w jedna strone :)

Bareya pisze...

Iwona:: To jest bardzo cenna informacja. 700 zł w jedną stronę? Genialnie. 1400 w dwie, przelot do Londynu, jakieś drobne i wychodzi całkiem znośna sumka.
pozdrawiam

Iv pisze...

No popatrz pisalam z innego konta i wydalo sie ze mam na imie Iwona :) W kazdym razie zapisz sie na newsletter moze uda sie taniej jak bedzie promocja, ja ich juz tak bardzo nie sledze. Zycze powodzenia i zazdrosze, pozdrow sułtana w Kuala Lumpur ode mnie.

emka1216 pisze...

Jak już pojedziesz i na miejscu nikt na Ciebie czekała nie będzie, gotowaniem po polsku zarobisz na nocleg. Albo i nie. A tak w ogóle, to czy czasami nie powinno się ryzykować?

Bareya pisze...

emka1216:: Ryzykować warto. Bez dwóch zdań. Czas pokaże czy to moje czcze gadanie czy też nie.
pozdrawiam

W drodze... pisze...

Moje gratulacje :) Ta propozycja to jeden z najcenniejszych dowodów uznania :) Jednak i ja sprawdziłabym darczyńcę, ta prośba o nr paszportu itd... Nie mniej jest to bodziec do podróży i przygody :) Warto ruszyć w świat :)

Anonimowy pisze...

http://film.onet.pl/6752,,Powrót_do_raju,film.html

Bareya pisze...

W drodze...Dobrodziejko kochana nie sądzę aby to był dowód uznania. No może mały. Może faktycznie ktoś potrzebuje europejskiej nerki.
Tak czy siak jak nie trafi szlak mnie lub sponsora to chyba coś z tego wyjdzie.

Bareya pisze...

Anonimowy:: W swoich zbiorach mam 1200 płyt z muzyką filmową i jazzową i ponad 2000 filmów. Wiec jak się domyślasz nie zaskoczyłeś mnie tym złowieszczym w wymowie filmem.
Tak czy siak dzięki.

Anonimowy pisze...

Bareya, tylko zwróciłem uwagę abyś był uważny :-),
abyś nie musiał pisać na blogu o kuchni więziennej w Malezji. Mógłbyś szybko temat wyczerpać.

Anonimowy pisze...

Przypadkiem tu trafiłam, polubiłam..nie mogę odnaleźć opisanych przez Ciebie wrażeń z pobytu w Malezji. to moja ulubiona kraina...mieszkałam w Kuala Lumpur przez 6 miesięcy i w pewnym sensie związałam się z tym krajem. uwiodły mnie smaki, zapachy i różnorodność. Jestem ciekawa Twojej opinii, więc jesli zechcesz się nią podzielić będzie mi bardzo miło. POzdrawiam, Kasia