niedziela, 15 sierpnia 2010

Pieczeń z guinnessem

Kluby Pop-up - to własne mieszkania, które na określony czas w wybranym terminie zamieniają się w restauracje dla kameralnego grona.
W Londynie i Berlinie jest ich wiele. (http://savoytrufflesupperclub.com).
Można powiedzieć, że zapanowała na nie moda.
W Polsce jest ich dopiero kilka – głównie w Warszawie.
Dostałem niedawno propozycję, aby przygotować kolację w takim właśnie klubie.
Gotowanie i menu – „moje”.
Pomyślałbym, że to żart, gdyby osoba, która mi to zaproponowała, skora do żartów w tej materii nie jest i zna się na kuchni tak, że podczas rozmowy telefonicznej łapie się na tym, że tkwię – mimo iż tego nie widać – w delikatnym ukłonie.
Rzecz miała miejsce kilka tygodni temu, a ja dalej chodzę na miękkich nogach, widelce i noże z rąk mi wypadają na samą myśl gotowania – jak się okazało – dla grona osób, wśród którego prawdopodobnie będą osoby znane na arenie kulinarnej.
Przerażeniem zdjęty do tej pory się otrząsnąć nie mogę, w nocy wstaje i próbuje wymyślić dania, które publikę w kolanach zegną.
W domowej kuchni amatorsko sobie poczynam, staram się jak mogę, pływam, co prawda dość dobrze, ale żeby zaraz kanał La Manche przepływać to po prostu dla mnie – mocą mej wyobraźni wykreowane – samobójstwo.
Zaprzepaścić taką szansę było by zwyczajnie głupotą.
Sprawdzić by się było można można, że tak się wyrażę: „w terenie”.
I może jakoś w kuchni dał był dał radę, ale co gościom podać, jakie menu stworzyć przyprawia mnie o omdlenie, mimo, że temat powstał kilka tygodni temu.
To samo mam w przypadku wyimaginowanej restauracji.

– Co byś podawał w tej swojej restauracji, gdybyś ją miał, co?
Powiedzmy, że dziś dostajesz ją od bogatego wujka, albo wygrywasz w totolotka i w końcu jest – padło kiedyś podczas jakiegoś kolacyjnego spotkania, a ja stanąłem zrozpaczony przed pytaniem, zastanawiając się, co do cholery bym w niej czynił aby ludzie mieli ochotę nie tyle w niej zjeść, co jadać.Na pierwszy rzut poszła kuchnia hiszpańska, którą osobiście odrobinę znam i jak mniemam, mógłbym odtworzyć pewne dania z dobrym skutkiem.

Może byłby to bar „tapas”, w którym podaje się małe przekąski, często pretendujące do małych kulinarnych dzieł sztuki.Może dobrym rozwiązaniem była by restauracja specjalizująca się w tartach i tartaletkach, coś na wzór pizzerii, gdzie podaje się jedno danie na setki sposobów.
Dania z woka? Szybkie, smaczne, proste.
Ale co ja wiem o gotowaniu we „woku”?
Owszem, lubię kuchnię azjatycką, ale jej bogactwo to rzecz raczej dla europejczyka nieosiągalna.
To może kuchnia polska, przecież jadam ją od dziecka. 


Dania z dziczyzny, na przykład mogłyby przyciągnąć amatorów nietuzinkowych smaków.
Ale dziczyzny i mało, i mało doświadczenia z mojej strony w tym kierunku.
Nad kuchnią karaibską się zastanowiłem, bo można w niej znaleźć rzeczy prawie dla każdego.
Niesamowite połączenia smaków, kolorowo i aromatycznie; sera w niej może brak, ale to przecież niewielki problem.
Doświadczenie zmów za małe, jak w przypadku kuchni węgierskiej, japońskiej czy francuskiej.
W końcu doszedłem do wniosku, że każdy potencjalny szef kuchni powinien mieć restauracje, w której podawałby dania, które sam chętnie by jadał.

Do których miałby serce i odpowiednie przyprawy.Ale ja lubię każdą kuchnię, w każdej znajduje rzeczy, które przyprawiają mnie o zawrót głowy. Niby potrafię niektóre uczynić w sposób zadowalający, może dla rodziny i przyjaciół, którzy w krytyce nie wykształcili jeszcze odpowiednio zjadliwych komentarzy.
Oszczędzają mi zwyczajowo krytyki.
Ale jedną z moich ulubionych rzeczy, którą lubię jadać są na pewno pieczenie.

Wszelkiego rodzaju mięsa, wcześniej macerowane, przyprawami natarte.
Rozpływające się w ustach kawałki mięsa o konsystencji masła doprowadzają mnie do prawdziwej ekstazy.
Tylko ta ekstaza pochodzi – proszę się nie śmiać – od Teściowej.
Z niezrównaną biegłością posługuje się w kuchni właśnie tym tematem.
Kiedy mam takie dni, w których myślę, że kulinarnego Boga za nogi chwyciłem, Teściowa na pieczyste zaprasza, a mi boskie nogi zaczynają cuchnąć jak wojskowe buty.

JĄ - bym zapewne w swojej restauracji pragnął zatrudnić, wcześniej kupiwszy sobie prawo do podpisywania się pod jej kulinarnymi dziełami – moim nazwiskiem.
Podejrzewam, że to nie tylko zasługa jej 60-letniego popękanego emaliowanego "żeliwiaka", w którym owe pieczenie robi.
Stanę w końcu kiedyś przy niej w kuchni i obserwując godzinami, temat będę zgłębiał intensywnie, aby choć w małej części móc naśladować jej boskie poczynania.
Jak na razie, „restauracja” nie ma menu, bo zamiast je układać, próbuje naśladować to, co dzieje się w kuchni zaledwie klatkę obok.

p.s. Mięso to można podawać na zimno – pokrojone w plastry i ze śliwką – jako przystawkę lub tapas.

Pieczeń z guinness'em po irlandzku – dla 4 osób

  • 1 kg surowej szynki 
  • olej do smażenia (użyłem oleju rzepakowego z pierwszego tłoczenia) 
  • 3 liście laurowe 
  • 250 g cebuli 
  • 3 łyżki łagodnej musztardy 
  • 1 łyżka cukru 
  • 1 szklanka piwa guinness – z butelki, nie z puszki. 
  • świeżo mielony pieprz 
  • sól do smaku 
  • 250 g marchwi 
  • 8 suszonych śliwek 
  • 8 orzechów laskowych 
  • 1 kubek śmietanki 36% 

  1. Mięso wymyj i osusz. 
  2. Pokrój cebulę w krążki. 
  3. W żeliwnym garnku (lub innym do pieczeni, ważne aby miał ciężką pokrywkę) rozgrzej olej, wrzuć liście laurowe, a następnie mięso. 
  4. Przypiecz mocno mięso, z każdej strony. 
  5. Dodaj cebulę, musztardę, cukier, piwo i ¼ litra wody, dodaj soli do smaku i posyp świeżo zmielonym pieprzem + kilka całych ziaren. 
  6. Przykryj żeliwiak pokrywką i duś około półtora godziny na małym ogniu. 
  7. Obierz marchew i pokrój w słupki, do wydrylowanych śliwek włóż po jednym orzechu. 
  8. Około 15 minut prze końcem pieczenia wrzuć do żeliwiaka marchew i śliwki i śmietankę. 
Smacznego

9 komentarzy:

MajaK pisze...

...znowu nazwa na G ma swoje uzasadnienie :):)......NAPEWNO będzie bosko na tej uczcie co ja przygotujesz.......szkoda,ze nie bedziesz miał czasu by sfotografować ekstazę na gębusiach konsumujących Twoje dzieła gości ......cudnie brzmi i wspaniale pachnie Twoje dziejsze danie......tego mięcha nie trzeba wcześniej jakoś tam marynować tylko takie prosto ze sklepu do gara??.....

Bareya pisze...

MajaK:: Nie bardzo rozumiem co z tą nazwą na G.
Na tej uczcie było by bosko gdybym nie był sparaliżowany. Ja tam sobie w domu gotuje a tu mnie w wysokie progi zapraszają. STRACH.
Co do mięsa - nie trzeba go marynować. Nie skromnie powiem, że jestem już jakieś 1000 km za Teściową. Sukces.

MajaK pisze...

...nazwa na G to GŁUPIŚ :)...a co do strachu...to udawaj,że jesteś szefem kuchni królowej Elżbiety i robisz łaskę gotując dla prostych ludków,zobaczysz,ze będzie dobrze !!!.....

Brzucho pisze...

Bez obaw kolego Bareyo
pierożki Twoje jadał sam Jean Bos
a że sięgał trzykrotnie, nie ma ściemy w stwierdzeniu, że mu smakowały
podobnie będzie tej jesieni
sercem gotuj, bo to jedyna w swym rodzaju restauracja
:::
a teraz a`propos Teściowej
jeśli jej kulinarnej ścieżki nie poznasz
to osobiście Ci nogi z dupy powyrywam, zamuruję pod progiem, żebyś za każdym razem kiedy będziesz przestępował próg (na rękach) ...czuł smród i pamiętał za co
:::
pomysł na restaurację z pieczeniami
jest jednym z piękniejszych usłyszanych ostatnio pomysłów
sam chętnie wbiłbym się w klify pieczeni
raz za razem opływając ją morzem sosu

arek pisze...

Masz racje! trzeba gotowac od serca, inaczej nie ma to sensu. Tez sie zastnawiam czasem co serwowalbym w swojej restauracji i w sumie to juz wiem ,ale nie powiem hehehe

nocny pisze...

strach to wyzwanie, ja za każdym razem jak cykam, to pytam się czy warto przez to przejść. Jak sięgam pamięcią zawsze było warto.

Bareya pisze...

Brzucho:: Mam autentycznie w planach "sesje" pieczyste z Tesciowa jak kolwiek smiesznie to brzmi. Naucze sie tego co ona, przynajmniej bede sie staral "polknac" wszystkie jej tajemne sztuczki.
I dziekuje za dobre slowo. Masz autentyczny dar poprawiania mi nastroju za co ci dziekuje Dobrodzieju zacny.

arek:: bez serca to jest dupa wolowa...
Jestem ciekaw co ty tam kombinujesz. Zapewne cos ciekawego. Podziel sie.

nocny:: Teraz wiem, ze warto. Juz odpowiednia ilosc razy dupy dalem, ze az wstyd. Kiedys powiedzialem sobie dosc.

Anonimowy pisze...

Tak jest! Gdy wyczerpią się pomysły na kuchnie narodowe i powstaną już nawet restauracje grenlandzkie i burkinafasyjskie, opatrzą "chłopskie jadło" i "babskie zdechło", wtedy może zatęsknią do duszonej szynki np. na jarzębiaku, czy żurawinówce...
"W końcu doszedłem do wniosku, że każdy potencjalny szef kuchni powinien mieć restauracje, w której podawałby dania, które sam chętnie by jadał." Tu masz nobelka. Nobel byłby, gdybyś słówko "potencjalny" wyciachał ;)
Ale jakże mogłoby obyć się bez "ale"? Czemu najsampierw laur na olej? Co to da?
Wojtek

Bareya pisze...

Wojtek:: To amatorski blog piszącego sobie głupotki pasjonata. Nic poza tym... Nie traktuj mnie tak poważnie a może na odwrót.