niedziela, 20 czerwca 2010

KoKo - Kokosowy Kurczak dla Kochanej Kobietki



Nie wiem, dlaczego, szpitalne jedzenie sobie przypomniałem w tym momencie.
Po pierwsze KoKo, kokosowy kurczak, kolorowy w smaku, po drugie widok KoKo – Kochanej Kobietki, która przyszła na świat owego grudniowego mroźnego dnia, a potem przyszła pani z metalowym trzeszczącym wózkiem – prawdopodobnie specjalnie tak skonstruowanym, aby budził pacjentów – wioząc dla „świeżych” matek nieświeżą rybę: śledzia w sosie, który przypominał to, co się noworodkom wylewa często z buzi. Jestem pewien, że szpitalny kucharz właśnie stąd czerpał inspiracje.


No więc, śledź był martwy i zimny, i tak brzydki, że mógłbym go w tym momencie mianować KoKo – Kosmicznym Koszmarem.
Nie każda kuchnia zbiorowa tak mi się jawi. Na studiach jadałem wybornie, by tak rzec, na uczelnianej stołówce zaopatrywanej przez wojsko a jak wiadomo wojsko zna się na żywieniu zbiorowym jak nikt inny. Wiadomo też, że człowiek głodny to człowiek wkurzony, a jeśli dodamy do tego stały dostęp do broni palnej sprawa nie wymaga komentarza tak jak dawne, wielkie kolejki do wojskowej grochówki.
Kochana Kobitka nie z własnej woli stała się klientem szpitalnej stołówki i nie istnieje – to pewne – żaden człowiek, któremu by ona smakowała.
– Ziemniaki są szare, mięsa jest tyle, co kot napłakał, brejatanizm w wydaniu masowym. Tania breja o niewiadomym smaku – opowiada przy stole.

Skompletowałem składniki, które Kochana Kobitka lubi i zaszyłem się w kuchni.
Michael Buble sączył się z głośników a ja podskakując ze szczęścia z przeczuciem, że dziś Kochaną Kobitkę oderwę od szpitalnej traumy i smaków, choć na chwilę, za pomocą Kokosowego Kurczaka.
- To jest chyba najlepsze danie, jakie w życiu jadłam. Poproszę dokładkę – padło przy stole.
A ja padłem w wyobraźni z zachwytu.
Smacznego wszystkim Kochanym Kobitkom i Kochanym Kobieciarzom.



  • 2 piersi z kurczaka (kupuje z kością więc mam wtedy 4 kawałki kurczaka, około 800-1000g mięsa - dla jasności bo okazuje się, że nie dla wszystkich pierś z kurczaka to konstrukcja zrobiona z 2 kawałków)
  • 250 ml bulionu (cielęcy lub z drobiowy)
  • 300 ml mleczka kokosowego (lub 6-8 łyżek wiórków kokosowych i 300 ml śmietanki 30-36%)
  • zielona długa i cienka fasolka szparagowa z puszki
  • 6 ząbków czosnku
  • 1 cytryna (dobrze umyta)
  • łyżka kurkumy
  • łyżeczka proszku curry (niekoniecznie)
  • 15-20 listków bazylii
  • łyżka posiekanej pietruszki
  • gałązka świeżego rozmarynu
  • łyżeczka cukru
  • 2 łyżki startego świeżego imbiru
  • 2 duże ostre papryczki chili
  • sól
  • kolorowy pieprz 

Piersi kurczaka polej oliwą z oliwek, dodaj kilka listków bazyli, kilka listków rozmarynu i pietruszkę.
Posyp obficie kolorowym pieprzem.
Zostaw na noc w lodówce, ale nie jest to konieczne.
Rozgrzej głęboką patelnię i połóż na niej kurczaka.
Dodaj pokrojony w plasterki czosnek, gałązkę rozmarynu, łyżkę kurkumy, łyżeczkę proszku curry i dwie łyżki startego świeżego imbiru.
Smaż kurczaka po 5 minut z każdej strony.
Na końcu wsyp łyżeczkę cukru, aby się skarmelizował.
Wcześniej przygotuj sos kokosowy.
Do rondelka wlej 250 ml bulionu a kiedy się zagotuje dodaj mleczko kokosowe.

(Mleczko kokosowe można robić z wiórków kokosowych i śmietanki. Kiedy robię nalewkę kokosową, po odcedzeniu zostają mi przesiąknięte spirytusem wiórki, które można trzymać w lodówce nawet rok i używać do robienia sosu kokosowego). To tak na malutkim marginesie. 

Gotuj sos kilka minut.
Pokrój drobno papryczki, wrzuć do kurczaka i dodaj sos.
Cytrynę przekrój na pół i dodaj do kurczaka.
Dodaj liście bazylii.
Przykryj patelnię pokrywką i duś na małym ogniu 40 minut.
Zdejmij z ognia i wrzuć fasolkę szparagową.
Podaję do tego ryż i pozostałą fasolkę szparagową z odrobiną drobno posiekanej pietruszki i kilkoma kroplami sosu tabasco i trzema ziarenkami ziela angielskiego zmaltretowanego w moździerzu.

21 komentarzy:

piegusek1976 pisze...

apetycznie wygląda szcególnie na tym ostatnim zdjęciu ;)

nobleva pisze...

bardzo mniam

Nivejka pisze...

Wszystko (prawie) co z ryby i z kurczaka jest pyszotą. W połączeniu z kokosem jest pewnie pyszotą do kwadratu;)

filozofia smaku pisze...

Przepis interesujący, zdjęcia apetyczne;)
Szpitalne jedzenie..złe oj złe wspomnienie..

Anonimowy pisze...

Eee... Tego...
Tak se paczsze (paczszam?) na tę kurkę z ryżem...
Ten Bar bareyowy to jest jakiś Zanzi? ;)
Wojtek

Czyprak Antoni pisze...

No tak, w szpitalu tania breja, a tu wypasiony Bareya! ;) Wpis o KoKo dla KoKo na czasie, dziś wszak kupalnocka, święto miłości...

Bareya pisze...

piegusek1976:: Dzięki, wyszło wybornie.

nobleva:: No cóż dodać? Dzięki

Nivejka:: no właśnie te kurczaki wpółczesne trzeba niestety traktować poważnie przyprawami. Wolę udka i skrzydełka ale dla Kochanej kobitki musi być kurczak.

filozofia smaku:: o szpitalnym jedzeniu to niejeden horror można by napisać

Wojtek:: Co to jest ZANZI? Zdradź mi to.

Antoni:: Dobrodzieju, wiesz jak to jest z babami, im dla nich trzeba stawać na wysokości zadania albo i wyżej. pozdrawiam

Anonimowy pisze...

No faktycznie (i tu w łeb się pukam, aż dudni), że poleciałem skrótem przez manowce. W polskim guglu kurczak z kokosem będzie tajski, gdy w angielskim on jest taki bardziej zanzi.
Wojtek

Bareya pisze...

Wojtek:: Dzięki za wytłumaczenie. ZANZI brzmi jak najbardziej ciekawie.

Anonimowy pisze...

No dobrze. Pożartowaliśmy sobie i podokazywali. Klasyczny (czuję jednak gwałtowną i nieprzemożną potrzebę ekspiacji) ponoć zanzibar chicken jest właśnie na kokosie, jakby istniał jakiś jedyny sposób na polski bigos i węgierski gulasz.
Pół literka sosu, dwa kurzęce cycusie, niechby nawet takie od kurki-mutanta i aż cała cytryna? To było po raz, bo po dwa: ze skórą? Toż po 40tu minutach duszenia gorycz pożre wszystkie smaki?! Moja by mnie nie pochwaliła, ale gust Twojej, to jej gust. Na zdjątku jest jak najbardziej - pół chudego plasterka ze skórką da tyle goryczki, ile tu trzeba. "Słusznawa" ilość chilli, to odrębna i indywidualna sprawa, bo papryczka smaku nie zmiętosi.Hę?
Wojtek

Bareya pisze...

Wojtek:: Miałem nie odpisywać i w spory się nie wdawać, ale w rodzinne gówno wdepnąć żeś raczył podważając gust mojej Kochanej Kobitki to postanowiłem Cię tym gównem wysmarować po sam czubek - lepiej nie pytaj o ten czubek.
Ale, że bliżej mi do Buddy niż do Hitlera, pogodny ze mnie człowiek, zdający sobie sprawę jak ludzie potrafią pacnąć inwektywą i semantycznie się poplątać - co też czynię czasami - odpowiedzieć pragnę rzeczowo.
Jedyny błąd w tym przepisie - w sumie bez Ciebie mógłbym go nie zauważyć - to cytryna. Ale nie sama cytryna tylko cytryna nieumyta. I to tyle na ten temat.
Nigdy się nie chwalę; niektórzy mówią nawet, że to specjalnie albo mam jakąś chorobę, to teraz powiem jedno. Czego jak czego ale Bozia nie poskąpiła mi kubków smakowych. I wiem, że mogę tu przecież wszelakie brednie wypisywać a ty musisz na słowo uwierzyć - kubki smakowe mam po prostu genialne.
Wyczyszczona cytryna - mówimy o małej cytrynie (chyba, że u Ciebie rosną wielkości dyni) - nie zmieni smaku w tej potrawie. Nie ma takiej możliwości z dwóch powodów. Nie wyciskam jej i w "tłuszczu" jakim jest mleczko kokosowe nie rozejdzie się tak dobrze jak we wodzie na przykład. Po prostu duża część z niej po prostu wyparuje i żadnej goryczki nie uświadczysz - kiedy jak wspominałem - skórkę wyszorujesz.
Co do chili: myślałem, że dwie duże papryczki język wypalą a tak jak cytryna rozeszły się po "kościach" i córka pytała: czy w ogóle, żem je dodał - bo ostre potrawy lubi.
Przepis był z "pały" ale przemyślany był w najdrobniejszym szczególiku i danie wyszło - chwalę się po raz kolejny - REWELACYJNIE.
Żem się rozpisał bo nie chce aby "dobre ludziska" odwiedzające tą stronę pomyślały, że jakąś hochsztaplerkę uprawiam i szpanuje zdjęciami...

p.s. Zrobiłem mały test w pracy. Spytałem paru osób co dostają jak kupują pierś kurczaka.
Mieso chłopie a co innego - padało bo mysleli, że jakąś pułapkę zastawiłem i w maliny chce ich wpuścić. Ale okazało się, że wszyscy dostają "konstrukcję" która składa się, z dwóch piersi, z dwóch płatów. Czyli jak napisałem 2 piersi miałem na myśli cztery kawałki mięsa - powiedzmy takie jak na kotlet devolay'a.
Ale wiem, że ta "pierś" kontrowersyjna jest i od tej pory będę podawał do tego ilość w gramach dla jasności.
POZDRAWIAM

aga-aa pisze...

brzmi pysznie! dlaczego mi nikt takiego danka nie zrobi? może dlatego, że nie zamierzam być w ciąży jak na razie ;)

karoLina pisze...

Przychylam się do zdania Kochanej Kobitki, że kokosowy kurczak to najlepsza rzecz, jaką w życiu jadłam, nawet jeśli robię sobie ją sama. Chociaż w wersji oszczędnościowej obywa się nawet bez kokosu (i jest słodka śmietana), ale dużo curry robi swoje. Chociaż w mojej wersji akurat nie ma cytryny, to mogę potwierdzić, że cała cytryna, a nawet trochę więcej nie robią z potrawy kwachu i doznania przy zachowaniu odpowiednich proporcji reszty składników są jak najbardziej przyjemne.

Anonimowy pisze...

1. Okej, oraj i bez dąsów. To Twój blog, Twoje kubki i Twoja Koko. Nie wiem, co było "pacnięciem", ale wszelki wypadek cofam wszystko i zaraz se ozór urżnę. Córka?! ostrożnie - przy pozytywnym wzorcu one podobno potem poszukują przez pół życia repliki tatusia... ;) Pozdrowienia dla chorej.
2. Tam, u góry, jest teraz zupełnie jasno i wyraźnie, że to bez mała kilo kury w rondlu. To mój tfu!rczy wkład? ;) (nawiasem-teraz wiesz, o co mi chodziło z tymi blogami)
3. W sprawie wyszorowanej cytryniej skóry - no to muszę się przyznać, że nie wiedziałem, że ten zabieg zmniejszy ilość olejków. Myślałem zawsze, że to te konserwanty.
4. Nie złość się.
Karola
Też się nie złość, ale Twoja wersja kokosowej kury, to po prostu curry. Niech tam! Cytryny może być i wiadro, jeśli komu pasuje, a to jest blog z gatunku tych rzadkich, gdzie forma i treść mi pasują. w jednym tylko Bareya myli się głęboko. Te najlepsze kubki są na moim, jeszcze nie urżniętym...
Też Budda i z całą pewnością nie Adolf :)

Bareya pisze...

Wojtek:: Jeśli mój blog jest dla Ciebie z tych rzadkich i treść Ci pasuje i forma to tylko kłaniam się serdecznie i dziękuje za szczerość i konstruktywizm, który przejawiasz - może czasami w nadmiarze ale i mi w to graj. Dzięki Wojtku za odwiedziny. pozdrawiam

iw pisze...

Witaj Bareya,
Odwiedzam Cię już nie pierwszy raz, ale jako że w kuchni to ja tylko naleśniki z serem (za to najlepsze pod słońcem!), to sobie zwykle siedzę cichutko.
Ale skoro już przyszłam, to postanowiłam powiedzieć dzień dobry.
Co do jedzenia szpitalnego, przypomniało mi się, jak po urodzeniu córki dostałam coś takiego rano na drugi dzień po porodzie...
Zmrożony ser biały, ledwo dałam radę wcisnąć w siebie cokolwiek :) Aha, i jeszcze taki przesłodzony kompocik do wszystkiego, łobrzydlistwo!

iw pisze...

p.s. Pójdę na całość i na dzień dobry, podobnie jak Stardust na drugim blogu bardzo ładnie poproszę: Czy mógłbyś wywalić te literki do wpisywania, bo Tobie to nie przeszkadza, a komentarze zostawia się przez ten badziew dwa razy dłużej... Ja wiem, że to nie wypada, tak na dzień dobry, ale co tam, jestem bezczelna i pyskata, najwyżej mnie znielubisz od pierwszego wejrzenia :)))
Dziękuję z góry, jeśli jednak dasz się przekonać!

Bareya pisze...

iw:: Zrobione.
I dzieki za szpitalne wspomnienia. Zmrozony serek chyba jeszcze lepszy od zimnego sledzia. pozdrawiam

buruuberii pisze...

Bareyo, za zielonego kurczaka curry z mlekiem kokosowym dam sie pokroic, nawet chirurgowi :-) Ze tez w tych szpitalach jeszcze nie odkryli, ze dobre jedzenie sprzyja rekonwalescencji...
Dobrze, ze najukochansza ma takiego najukochanszego, juz zdrowa rozumiem? :-))

Bareya pisze...

buruuberii:: Wyjątkowo smakowite danie. Kuchnia indyjska ma wiele "patentów", połączeń smakowych etc., które kocham.
I moja ukochana KOKO ma się całkiem nieźle. Małymu kroczkami podążamy do przodu. Dzięki i pozdrawiam

Adam Walentyn pisze...

Dawno temu rozgorzała się tutaj dyskusja, na temat cytryny, goryczy, papryczek, itp. Ja robiłem te danie już 3 razy. Co oznacza, że mi bardzo smakuje. Zamiast cytryny zawszę dodaję limonkę, jedną całą pokrojoną w plasterki, goryczy na pewno nie ma (może to ze względu na limonkę). Danie jest dość kwaśne. Dodaję więcej cukru niż w przepisie 4-5 łyżeczek. Mi tak bardziej odpowiada. Co do papryczek, zawsze dodaję tyle ile mi odpowiada. Przepis to tylko sugestia. Papryczki raz są ostrzejsze, innym razem mniej ostre. I zapraszam wszystkich do gotowania. Przepisy mojego kolegi są na prawdę wyśmienite. A jedyne co w komentarzach można przeczytać to "ładnie wygląda", "zdjęcie apetyczne", itp., zamiast ugotowałem, ugotowałam, smakowało, nie smakowało, zamiast tego dodać to. Pozdrawiam Darku.