Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bareya. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bareya. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 lipca 2011

Akwarelowe pomidory



Akwarela to trudna technika.
Bierzesz pędzel i malujesz po lśniącej od bieli powierzchni papieru. Papier musi być najlepszego gatunku.
Maczasz pędzel z bobrowego włosia układającego się w kształt wydłużonej łzy i malujesz.
Nie używasz farby białej, którą stanowi papier, bo wtedy byłby to gwasz.
I tu jest puenta.
Musisz tak manipulować pędzlem, aby transparentność farby w połączeniu z bielą podkładu dała odpowiedni efekt.






To jest sztuka.
Każdy, kto maluje farbami olejnymi na płótnie chyli czoła przed akwarelistami.
Nie żebym się do nich porównywał – ja jestem gruboskórnym grafikiem.
Podziwiam akwarelistów jak najlepszych kucharzy.
To elita malarzy kuchni.
Każde ich pociągnięcie jest z góry zaplanowane.
Każdy ruch może stworzyć dzieło lub brudem pomieszanych farb otworzyć wrota do błotowiska.
Kiedy wymyślam swoje potrawy, myślę o akwareli, o przewidywaniu skutków tak łatwo zaprzepaszczonych, kiedy ulegamy złudzie wszechwiedzy kolorystycznych połączeń, niuansów nakładanych warstwami farb - przypraw.
Że można zmieszać niebieski z żółtym i wyjdzie zielony.
Wyjdzie.


Jednemu trawiasta nijakość, drugiemu pastelowa świeża łąka.
Proporcje, procentowe udziały minimalnych dodatków.
Leonardo daVinci potrafił stworzyć kolor błękitny z koloru czarnego i białego kładąc laserunkowo jeden na drugim w odpowiednim czasie.
Ale nie powołuje się na geniusza, bo tego byłoby za wiele, choć doskonale wiem jak niedoskonale go naśladuję, ale mam konkretny wzorzec, górę na która mogę się wspinać.
Kiedy otworzyłem swój umysł, przestały mnie dziwić połączenia wanilii z czosnkiem, czekolady z boczkiem czy cukru z solą – słodkich ciastek posypanych sola morską na przykład.
A pomidory w maceracie wanilii z czosnkiem i rozmarynem?
Nie godzi się powiedziałbym jeszcze kilka lat temu temu.
A teraz zachęcam.


Przyprawy są poglądami kucharzy, one tworzą filozoficzne teorie kulinarnych doskonałości.
Utopie idealistycznych wysp szczęścia, na które wyprawiam się coraz częściej.
To danie jest próbą wypłynięcia daleko w morze bez ratunkowego koła.
Płyńcie za mną. 
Szczęście polega na tym, że się nie utopicie.
A jeśli odrobina morskiej fali wleje się wam do gardła będziecie wiedzieć jak ją przy następnej okazji uniknąć.
To danie jest akwarelą w malarskiej palecie technik.




  • 6 łyżek miodu
  • 6 łyżek octu balsamicznego
  • 12 łyżek wody
  • pomidory koktajlowe – 12 sztuk 
  • 1 łyżka kardamonu
  • pół wanilii
  • 1 ząbek czosnek, pocięty w plasterki
  • jedna gałązka rozmarynu
  1. Zagotuj wodę w dużym garnku
  2. Wypełnij dużą miskę lodowatą wodą
  3. Ostrożnie włóż pomidory do gotującej się wody, gotuj 30 sekund.
  4. Przełóż do durszlaka a następnie do lodowatej wody na minutę
  5. Obierz skórki pomidorów
  6. Przełóż obrane pomidory do miski I odłóż
  7. Na małej patelni przypiecz kardamon.
  8. Odstaw.
  9. W mały rondelku zagotuj miód.
  10. Wlej ocet balsamiczny i wodę. 
  11. Zagotuj ponownie.
  12. Zmniejsz ogień na bardzo mały.
  13. Wanilię przekrój na pół, zeskrob miąższ do rondelka.
  14. Dodaj kardamon i czosnek.
  15. Gotuj 3 minuty.
  16. Usuń pojawiającą się piankę.
  17. Zdejmij z ognia i dodaj rozmaryn. 
  18. Zostaw na 15 minut. 
  19. Usuń gałązkę rozmarynu i polej sosem pomidory.
  20. Umieść w lodówce na 24 godziny.
Smacznego

wtorek, 28 czerwca 2011

Brokuł-ujące ogniwo



Bryndza. 
Było to określenie na coś nieciekawego, złego. 
Ale bryndza: mówiono, słysząc jak ojciec gania po pokoju syna i wygraża mu za przetrzymywane przez tydzień kanapki w tornistrze. 
Bryndza to była po prostu – śmierdząca sprawa.
W połączeniu ze „śmierdzącym” brokułem nie mogłaby w owych czasach przekonać nikogo.

Piękny, jasny kalafior z masłem i bułką tartą i owszem ale brokuły i szpinak, to byli główni wrogowie w moim ówczesnym menu.Przyznać muszę bez bicia, że zaniedbywałem brokuły - latami.
Dowód jak silne bywają nasze przyzwyczajenia.
I jak mówi „mędrzec”: tylko głupiec nie pije herbaty sparzywszy się nią w młodości.
Brokuły są chyba brakującym ogniwem w mojej kulinarnej „zabawie”.
Najwyższa pora to zmienić.
To prościutkie danie.
Efektowne i zaskakujące smakiem.
Wykorzystałem w nim praktycznie same „nasze” rodzime produkty - nie wspominając o ich niewielkiej cenie.



  • 1 brokuł (około 500-600 g)
  • 100 g bryndzy
  • 4 łyżki pestek słonecznika
  • 4 łyżki pestek dyni
  • świeżo mielony czarny pieprz 
  • sól

  • Sos: 
  • 3 łyżki oleju rzepakowego z Góry św. Wawrzyńca (lub słonecznikowego)
  • 2 łyżeczki musztardy Dijon
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 1 żółtko
  • 1 łyżeczka cukru 



  1. Zagotuj wodę w dużym garnku i posól do smaku.
  2. Brokuły podziel na małe różyczki.
  3. Wrzuć na wrzątek i gotuj dokładnie 4 minuty – od chwili wrzucenia.
  4. Wyjmij łyżką cedzakową i połóż tak aby brokuły się nie stykały ze sobą.
  5. Ziarna słonecznika i pestek dyni upraż na patelni.
  6. Kiedy pestki dyni zaczną „strzelać”, odstaw patelnię na bok.
  7. Przygotuj sos.
  8. Zmieszaj wszystkie składniki na sos ze sobą.
  9. Przełóż brokuły do miski, posyp uprażonymi ziarnami słonecznika i pestkami dyni, pokruszoną bryndzą, posól, popieprz i polej sosem.


Smacznego

wtorek, 24 maja 2011

Pocałował kalafior małże



W dawnych czasach nieodłącznym elementem wszelakich festynów, na których nawet czołgi można było podziwiać – no bo nic innego wtedy nie było godnego podziwiania - była wojskowa, polowa, „maszyna” do robienia grochówki.
Przyciągała olbrzymie kolejki chętnych.
Chyba większe niż dostojne amfibie i rusznice.
Jak to mówi mój przyjaciel Jacek P. – najpierw dla ciała, potem dla ducha.
Nigdy odwrotnie.
Dźwięki z głodnego brzucha zagłuszyć mogą największą kanonadę efektownych dział samobieżnych.
W tamtych czasach w polskich domach nie wydziwiano z krewetkami czy mulami bo ich po prostu nie było.
Omlet czyniony przez jakiegoś odszepieńca budził zdumienie.
Nie powiem, że nie jadano smacznie – przypraw używając tyle co kot napłakał.
Smak potraw brał się z „dobroci” produktu.
Z soczystej marchewki, aromatycznej pietruszki i selera czy słodkich pomidorów.
Bardzo lubiłem zupę warzywną, która moja Babcia robiła z warzyw wyrośniętych na Działce.
Wrzucała do gara co akurat było dostępne na działce i czyniła – tak myślę – improwizowany warzywny bulion, w którym płyn występował chyba tylko dla zasady jako lekki sos do tych warzyw.
Podobne w strukturze zupy robią Azjaci.
Inne wszak stosując ingrediencje ale jakoś kojarzą mi się z tamtą pachnącą i bogatą w smaku zupą.
Czasami lądował w takiej zupie rak, którego Dziadek łapał chodząc na ryby.
Wszyscy się wtedy zastanawiali: co do cholery jest w tej zupie takiego, że jest taka smaczna.
Ten drobny dodatek – o którym przez długi czas nikt nie wiedział – był jak świeża wanilia do deseru.
Chciałbym zjeść kiedyś taką zupę ale mogę tylko wspomnieniami przywoływać pewne smaki, które dziś w improwizowanym szale odtwarzam w mojej kuchni.

niedziela, 6 lutego 2011

Polędwica z Rossinim w tle



Bez jedzenia mogę wytrzymać stosunkowo długo.
Bez muzyki nie wytrzymam dnia.
Muszę codziennie dostać porcję dźwięków.
Niestety nie mogą to być dźwięki byle jakie.
Muzyczność jedzenia i smakowitość muzyki stapia mi się często w jedno.
Wszyscy muzycy, których znam cenią sobie dobry smak.
Może to przypadek ale taki stan rzeczy wydaje mi się całkowicie normalny.

W 1892 roku będący u szczytu sławy, autor opery „Wilhelm Tell” Gioacchino Rossini przechodzi  w stan spoczynku by przez 39 lat oddawać się swojemu hobby jakim była „buona tavola” (dobre jedzenie).
Kiedy Rossini umarł w Paryżu w 1868 roku, pozostawił po sobie oprócz genialnej muzyki wiele interesujących przepisów.
Wielu kucharzy dedykowało temu właśnie twórcy swoje dania.
Antonin Carême, wybitna postać XIX wieku, twórca francuskiej haute cuisine mówił o Rossinim, że jako jedyny rozumie jego potrawy.
Mamy dziś ponad 100 przepisów opatrzonych dodatkiem alla Rossini.
Artysta urodził się 29 lutego 1792 roku w Pesaro, portowym mieście na północy Marche.
Większość jednak życia spedził w Paryżu dokąd przysyłano mu smakołyki z ojczyzny.
Szczególną miał słabość Rossini do Marsali – czemu osobiście się wcale nie dziwię.
Z Włoch zamawiał, trufle - tego Mozarta grzybów, jak o nich mawiał, ryż na rissoto, dojrzewające w słońcu pomidory i komponował je z francuskimi specjałami.
Jednym z ciekawszych przepisów Rossiniego jest” maccheroni siringati” – nadziewany makaron, w którego wąskie rurki wstrzykuje się farsz z gęsiej wątróbki, kremu z szynki York i trufli.
Unowocześniona wersja tego przepisu zwana jest dziś pod nazwą „maccheroni alla pesarese.
Najbardziej znane daniea wymyślone przez mistrza Rosinniego to: "Tournedos à la Rossini"; polędwica w asyście trufli, foie grass, z sosem maderowym. 
Polędwica ala Rossini (filetto alla Rossini) jest wykonana z polędwicy wołowej.
Mięso smaży się na oliwie z masłem i dusi następnie w Marsali.
Podaje się go na grzance z pszennego chleba, z żółtym serem, (typu gruyere) z szynką, sosem beszamelowym i truflami.
Mam nadzieję zrobić kiedyś to danie zgodnie z oryginałem ale nie dziś.
Dziś używam polędwicy wieprzowej, nieco więcej przypraw, zamiast marsali wybornej sherry, sera Bursztyn i plasterków pieczarek smażonych na oliwie truflowej.
Moja wersja nie jest tak bogata i dostojna jak wersja Rossiniego ale to moja malutka próba naśladowania mistrza, któremu podziękować w tym momencie wypada, że oprócz wspaniałości dla ducha dał światu coś wspaniałego dla ciała.

niedziela, 16 stycznia 2011

Żeberka ananasowe z warzywami Momofuku - na rocznicę


Moja najlepsza z żon zagadnęła mnie: W styczniu chyba zacząłeś bloga pisać, to już rok.
Zleciało co?.
Faktem jest. Zleciało.
Mam specyficzny stosunek do rocznic i obchodów czegokolwiek.
Ale ten blogowy rok był czymś wyjątkowym.
Zaczęło się niewinnie.
Znajomy stwierdził, że z moim zacięciem do gotowania i bajdurzenia powinienem pisać bloga.
Na samo słowo blog , gęsiej skórki dostawałem przekonany, że skrajny ekshibicjonizm i skondensowana głupota zagnieździła się właśnie w idei „bloga”.
I wtedy ktoś podrzucił mi link do Brzuchomówcy, u którego zauważyłem piękny kawałek literatury w postaci hasła.
„Życie jest za krótkie na banalne jedzenie”

piątek, 17 grudnia 2010

Kartoflane cappuccino z pudrem z boczku


Był okres,kiedy na działce Dziadek sadził ziemniaki. A z boczku rosły dwie jabłonie. Papierówki.
Jabłka uwielbiałem a kartofle jakoś mniej.
Nigdy nie lubiłem tej ugniecionej breji, tego rozgotowanego kleksa na talerzu nie cierpiałem.
Za smażone z cebulą i boczkiem, które często przyrządzał Dziadek dałbym się pokroić.
Kroiłem ziemniaki a Dziadek smażył.
Z boczkiem - a ja stałem z boczku i się przyglądałem, łapska prawie do gorącej patelni wkładając z niecierpliwości.
Zawsze chadzałem swoimi ścieżkami, byłem nieco z boczku i nie chodzi o mą tuszę ma się rozumieć.
Szlachecki rozmiar pojawił się u mnie dużo później.
I nie jestem przekonany czy to wina boczku.
Raczej wina.
Dziś spotkanie 3 rzeczy, które bardzo kiedyś lubiłem:
- kartofli
- jabłek
- i boczku.

czwartek, 23 września 2010

Malezja



Kocham każdą sekundę życia, wypełnioną smakiem i zapachami.
Kocham kochanie pod każdą postacią i w każdym miejscu.
Najważniejszy jest smak.
Dupsko może brodzić w kałuży, byleby odpowiednie części ciała były w odpowiednich miejscach.
Zboczone?
No to jestem zboczony.
Jestem psychopatycznym Hanibalem Lecterem, który chętnie posmakowałby waszego mózgu gdybyście mu na to pozwolili.
W końcu to wasz mózg.

sobota, 18 września 2010

10


Wywołano do tablicy więc nie wypada kredę w ręce trzymać i tak się gapić.
No to piszę, co lubię, w dziesięciu punktach.
Dobrze, że ktoś nie wymyślił 100 punktów.


1. Surrealizm w malarstwie i w życiu. Oniryczne obrazy i historie, które trudno uznać za prawdziwe kiedy się o nich słyszy.
Malarstwo mojego „nadprzyjaciela” Andrzeja Troca




2. Muzykę jazzową i filmową. Kanadyjski zespół Rush - w szczególności podziwianego przeze mnie "bębniarza" Neila Peart'a


3. Prowansję i jej wina


4. Aikido – za filozofię walki bez walki


5. Piękno. Gdziekolwiek ukryte


6. Buddyzm, za poszukiwanie dobra w człowieku


7. Podróże, poznawanie ludzi i potraw


8. Humor


9. Moją Rodzinę, D
obrych Ludzi, Przyjaźń.


10. Woody Allena, Franka Zappe, Kurta Vonnegut'a - i wszelakiej maści pozytywnych wariatów.


Pozdrawiam i dziękuję Wszystkim Czytelnikom mojego bloga.

poniedziałek, 6 września 2010

BareyaTapasBar - oliwki z jamón serrano, serem i migdałami




Bary Tapas – z wyśmienitymi małymi daniami, czasami na jeden kęs, tę dumę narodową Hiszpanów i Basków, u których owe przekąski zwą się pintxo, skojarzyłem dawno temu z naszym rodzimym „zimnym bufetem” – co za kuriozalna nazwa – z naszą popularnie określaną „garmażerką”.  Oczom mym się ukazał w wyobraźni taki oto bar.
Bar niewielkich gabarytów, gdzie – Zagłoba XXI wieku (czyli moja skromna osoba) – bo do tego zacnego szlachcica wymiarami powoli się zbliżam a zamiłowanie do dobrego jedzenia i wszelakich trunków posiadam chyba od dziecka – witałby każdego klienta znając na pamięć jego upodobania, wcześniej zapoznawszy się z nimi przy pierwszym darmowym kufelku zacnego orzeźwiającego polskiego cydru.
Nie było by żadnych strojów obowiązkowych, dywanów i złotych kinkietów. Byłaby solidna lada zdolna oprzeć się nawałnicy błogo chwiejących się wielbicieli przekąsek, a twarda posadzka zapełniana przez - bez krępacji rzucających na nią - klientów wszelakich wykałaczek i śmieci zamiatana by była w określonych godzinach szybko i niezauważalnie.
Za moimi plecami po sam sufit piętrzyłyby się półki z winami z całego świata, po które bym się wspinał na mobilnej drabinie poruszającej się swobodnie po całej ich szerokości.
Nie patrzyłbym złośliwym wzrokiem gdyby klient zażyczył sobie do nich lodu, makaronu czy wieprzowego języka w galarecie z ostrym jak brzytwa aromatycznym sosem.
Menu zależne było by od pory roku i występujących wtenczas lokalnych urodzajów.
Z sufitu zamiast wielkich żyrandoli zwisałyby wielkie wędzone szynki i gicze, krojone na życzenie na wielkie cienkie jak papier płaty prawie przeźroczystego różowego szaleństwa.



poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Blog tygodnia i wywiad w Ugotuj.to



Nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do lektury tekstu, który ukazał się na serwisie UGOTUJ-TO
Miłej lektury.
Bareya

sobota, 26 czerwca 2010

Młode ziemniaki z anyżkiem i fetą


W 1588 roku zastępca słynnego Pizzarra, wysłał kilka bulw ziemniaka suwerenom hiszpańskim, którzy podarowali go papieżowi. Ten z kolei powierzył ich zbadanie botanikowi Pierrowi de L’Ecluse, zwanemu Clusiusem. Botanik chcąc je skatalogować, wybrał dla nich wdzięczną nazwę: taratufle, czyli „małe trufle”.

niedziela, 20 czerwca 2010

KoKo - Kokosowy Kurczak dla Kochanej Kobietki



Nie wiem, dlaczego, szpitalne jedzenie sobie przypomniałem w tym momencie.
Po pierwsze KoKo, kokosowy kurczak, kolorowy w smaku, po drugie widok KoKo – Kochanej Kobietki, która przyszła na świat owego grudniowego mroźnego dnia, a potem przyszła pani z metalowym trzeszczącym wózkiem – prawdopodobnie specjalnie tak skonstruowanym, aby budził pacjentów – wioząc dla „świeżych” matek nieświeżą rybę: śledzia w sosie, który przypominał to, co się noworodkom wylewa często z buzi. Jestem pewien, że szpitalny kucharz właśnie stąd czerpał inspiracje.


No więc, śledź był martwy i zimny, i tak brzydki, że mógłbym go w tym momencie mianować KoKo – Kosmicznym Koszmarem.

czwartek, 17 czerwca 2010

Torcik Pumpernikiel - nieco schizofreniczny


Nie chce was oszukiwać, więc zapisuje przepisy na bierząco. Wydaje mi się, że powinniście otrzymać to co ja. Dokładnie to samo.
Czasami się rozpędzam i robie coś jak w amoku, siadamy z moją najlepszą z żon i ona pyta: Co to? Co dodałeś, że jest tak przyjemnie kwaśne?
Patrzę się ślepo w sufit i oznajmiam, że nie wiem.
- Jak to nie wiesz, nie żartuj sobie ze mnie…
Nawet jak przepis zapisuje to robię to niekiedy tak niedbale, że nie potrafię go odczytać.
Siedzę przy komputerze robią jakąś okładkę do katalogu, wyciągam ołówek i szkicuje naprędce. Robię strzałki. A – pieczaraki, B – masa z twarożku z kaparami.
Zmieniam kolory w tle do okładki, bo piękny Ryn ze swoim zamkiem wymaga czegoś bardziej pogodnego niż zrobiłem. Chwytam znowu za ołówek i dodaje Ce i De.
Wkładam luźne kartki do małego notatnika, który zawsze leży przede mną, przed monitorem komputera Mac.
Idę po kawę, którą nasypuje z małego słoiczka. Rano była zmielona. Firmowa kuchnia zaczyna pachnieć świężą kawą. Wracam, wyciągam następne kartki.
I tak do szesnastej trzydzieści.

wtorek, 15 czerwca 2010

Quiche lorraine



Kiedy z moją z najlepszych żon zbliżaliśmy się do Hiszpanii zabrał nas na stopa zdezelowanym citroenem pewien Marokańczyk. Pierwsze, o co zapytał, to czy jesteśmy głodni.
Faktem jest, że w owym czasie raczej jezusopodopnej postury byłem niż teraz buddopodobnej ale fakt ten mnie nieco zaskoczył. Wytłumaczył nam, że ciasto przygotowała dla niego jego siostra. To było jeszcze bardziej urocze. Podał nam jakąś okrągłą formę przypominającą grubszegoo i twardszego od niego naleśnika, na którym mieniły się kawałki „czegoś”.
Nie wiem czy była to pastilla czy coś podobnego, ale zawierało jakieś smaczne kawałki mięsa. Ciasto z mięsem chrupaliśmy podziwiając hiszpańską część Basków jadąc z nieznajomym pyrkającym samochodem. To danie smakowało mi wtedy jak nic na świecie. Nie potrafię odtworzyć przypraw jakie w nim się znajdowały, ale ich aromat wypełniał całe auto mimo otwartych szyb. Ten gest dzielenia się jedzeniem urzekł mnie chyba bardziej niż smak tego wybornego ciasta. Pamiętam, że pomyślałem wtedy, że jest to znakomity „patent” na coś, co można wozić ze sobą nawet w upały.

czwartek, 27 maja 2010

Marsalet - słodki pasztet z wątróbki z Marsalą


W czasach, kiedy do Liceum uczęszczałem, niejednokrotnie piwo i suche bułki stanowiły nasz całodzienny prowiant. Czasami była to kasza smażona na patelni we wodzie z solą, bo brakowało masła i wszelakiego tłuszczu. Nasze „zasoby” kurczyły się jeszcze szybciej, kiedy zielonogórski browar wprowadził Jubilata – pierwsze piwo, które miało zdecydowanie prawie 5 procent alkoholu.
Do osiedlowego sklepiku przyszliśmy, aby zakupić wspaniałej pasztetowej we flaku, by zrobić Jubilacką ucztę. Pasztet, chleb i piwo. Święta trójca tamtych uczt.
Po skrupulatnym podliczeniu resztek pieniędzy stwierdziliśmy zupełnie bez kalkulatora, że wystarczy nam na18 dekagramów pasztetowej.
- Poproszę 18 deko pasztetowej rzuciłem do poważnej pani za kasą, która wielkim toporem cięła mięso jak włosy żyletką.
Odwróciła się z miną pokerzysty lekko się uśmiechając. Wyjęła wskazaną przez nas pasztetową, położyła na desce i jednym ruchem przecięła ją z gracją ćwiczoną całe jej Społemowskie życie.
- Prosz… powiedziała rzucają pasztetową na wielką wagę, której długa wskazówka pobiegła szybko gdzieś w rejony około kilogramowe, zachwiała się, znowu wyskoczyła z impetem ponad pół kilo i zatrzymała się na prawie 19 dekagramach.
Uśmiechnęła się do nas jak do synów wracających do domu z długiej wojaczki.
- Może być, co? – zapytała retorycznie i zaświeciła ponownie swoimi żółtymi ząbkami. Dumna i wyniosła, znana ze swej cyrkowej zręczności.
- Nie - powiedział mój kolega.
Podał odliczone pieniądze i trzy sieroty – bo tak właśnie wyglądaliśmy – obserwowały jak szanowna pani rzeźnik wydłubuje długim nożem nadmiarowe deko, które z ostrego noża zawędrowało do jej ust i tam znikło.

Podobno najlepszym sprawdzianem dla dobrego kucharza jest pasztet. Wymieszanie tych wszystkich ingrediencji, które mają w całości stanowić „nowość” smakową to nie lada sztuka. Tu również pomyłka o kilka deko może spowodować skutki, których się nie spodziewamy. I nie do końca jestem przekonany czy to naprawdę źle.
Zrobienie własnego pasztetu jest równie wspaniałe jak zrobienie dobrego chleba na zakwasie. Kuchnia pęka w szwach od zapachu a na korytarzu ludzie szukają drzwi skąd dobywają się te wspaniałości i szeptają, że: ci to maja dobrze. Bo mają…

poniedziałek, 17 maja 2010

Rendang schab



Inspiracje przychodzą zewsząd. Z książek, z nieoczekiwanego spotkania kilku przypraw, biorą się z obserwacji  kształtów i wydarzeń, z nieoczekiwanych sytuacji, które, najczęściej niechcący trącają nas jak przechodzień na ulicy, z którym się później zaprzyjaźniamy.
Ten przepis, a raczej ten sposób podejścia do naszego "swojskiego" schabowego ma swoje korzenie w pewnym sobotnim wydarzeniu.

środa, 28 kwietnia 2010

Małżowiny Frontiera



W Belgii, z moją z najlepszych z żon, nad morzem spacerując, przechodząc obok jakieś restauracji, skuszeni zapachami z niej się wydobywających, przyglądaliśmy się nie bez zdumienia wielkim kopcom małż, stojących na stołach przed licznie zgromadzoną publicznością.
- Chyba czas jest w Belgii przesunięty – krzyknąłem lubej w ucho aż odskoczyła na bok.
- Gdzież tam, za blisko jesteśmy.
- Wiem swoje. Nikt przecież nie jada obiadów na śniadanie. Jeszcze raz spojrzałem na wulkany małż piętrzące się w wielkich miskach.
- Dziwne. Faktycznie. Ale która jest godzina?
- Dwunasta. Pewnie u nich – druga albo trzecia. Znaczy się czternasta.
- Nie możliwe. Żarłoki, ot co – skwitowała.
Miałem w rzeczy samej kolegę, którego ojciec jadł na śniadanie gęstą jak smoła grochówkę, w której czeluściach leżała gotowana kiełbasa; w prawej zwykł dzierżyć wielką łyżkę a w lewej pajdę chleba grubego jak encyklopedia, posmarowanego grubo smalcem z boczkiem.
Nie uwierzyłbym, gdybym nie widział tego na własne oczy.
Ojciec kolegi pracował w Nowosolskim Dozamecie – Dolsnośląskich Zakładach Metalurgicznych. Pracował rękoma, wrzucając do wielkiego pieca hałdy węgla.
Mimo tych śniadań był chudy jak bambus.
Lubił też zajadać nutrie, które uchodziły według niego za rarytas.
Musze mu przyznać rację.

wtorek, 27 kwietnia 2010

Naletortus z ciecierzycy z wędzonym łososiem i szparagami



Naletortus to rodzaj wielopiętrowego naleśnika przekładanego farszem.
Wymyśliłem go jakiś czas temu.
Nie ja pierwszy i nie ostatni.
Powodowane niejasnymi przyczynami, babilońskie konstrukcje mi do głowy przychodzą, a i piramida mi się jakaś marzy jako danie główne, do której zapewne jakieś frezarki i wiertła musiałbym przystosować, aby je geometrycznym uczynić. Ciagnie te moje potrawy nie wiedzieć, dlaczego do nieba, mimo, że nie zawsze tak smakują. Bliżej im czasami do piekła niż do nieba i straszą potem gości szatańskimi kształtami i kolorami.

niedziela, 28 marca 2010

Owoce diabła z porami



Przez długi czas ziemniaczaną bulwę nazywano „owocem diabła”. Rolnicy twierdzili, że wyjaławia ziemię, a spożywanie ziemniaków może prowadzić do poronień, zgagi, wymiotów a nawet do „krztuśca i gorączki gnilnej”(cokolwiek to było) – to opinia dawnych lekarzy.
Pojawił się po podbojach ameryki południowej w Hiszpanii w wieku XVI, ale dwieście lat przeleżał niechciany nawet podczas plag głodu. Jak dawniej mówiono, „nawet psy go żreć nie chciały” smak miał nijaki a spożyty na surowo sensację mógł wywołać nie małe przy pomocy trującej solaniny, którą zawiera.
Jeszcze w 1821 roku Goethe doradzał gospodyniom dodawania do dań możliwie wielu warzyw, aby „zagłuszyć ten fatalny ziemniaczany posmak”. Denis Diderot – wielki umysł epoki oświecenia - pisał w swojej encyklopedii, że ziemniaki powodują wzdęcia i nadają się, co najwyżej dla parobków i rolników. W Lewes w Sussex około roku 1765 krążyło hasło wyborcze: Precz z ziemniakami, precz z papizmem”.
Gdyby dzisiaj ktoś wyhodował ziemniaka, lekarze zapewne zakazaliby jego spożywania właśnie ze względu na trującą solaninę.
Można robić z niego praktycznie wszystko: wódkę, cukier, mąkę i niezliczone wariacje kulinarne od kopytek, placków, frytek czy pyz, można go smażyć, gotować, zapiekać, dodawać do sałatek.
Bulwy zawierają witaminę C, cenny dla wątroby potas i minerały. Znajdują się tuż pod skórką, więc sensownym jest gotowanie ich w „mundurkach” w małej ilości wody lub na parze jak do dzisiaj robi się w Meksyku i robią tak „znawcy”.
W Polsce ziemniak pojawił się po raz pierwszy w XVII wieku. Jan III Sobieski przysłał je swojej ukochanej Marysieńce, jako osobliwość cesarskich ogrodów w Wiedniu, ale w Wilanowie zostały przyjęte chłodno. Uważano ziemniaki za strawę „dziwacką”.
Po klęsce głodu 1812 roku, kiedy uratowały ludność od klęski na dobre weszły w polskie progi tak samo kmiotka jak i szlachcica karmiąc.
I jak mówi staropolskie przysłowie „Ziemniaki ugotowane z miłością lepiej smakują niż smażona w gniewie kiełbasa”.

poniedziałek, 22 marca 2010

Polędwicza wyspa szczęścia



Teściowa piękną polędwice kupiła, siatę z wiktuałami wręczyła i powiedziała.
- W niedzielę jesteśmy u Ciebie na obiedzie słodziutki.
Nie dosłyszałem dobrze, ale chyba dodała. – Kucharzyć na blogu to każdy umie.
Dwa dni siedziałem przed literaturą. W książki i czasopisma się żem rzucił, ale to raczej morze niż jeziorko, horyzontu nie widać i człowiek pływa dookoła siebie, nie wiedzieć czy brzeg bliski czy mu w tym potopie przyjdzie znaleźć grób.
Za dużo, żem kupował. Najlepsza z żon, szminki i sukienki, ja, książki. – Co ci po nich? – dodaje najlepsza z córek?
Tak jak teściowa pieczyste robi - niezmienie wypowiadając formułkę „kurwości, znowu dupa z gęby wyszła” - nie robi nikt mi znany.
Z pierwszego piętra czuję aromaty dobywające się z czwartego. I krzyki – dupa z gęby wyszła, kurwości z tym gazem, jakiś nijaki on dzisiaj.
Tak to już jest - niektórzy się nie zmienią. Teściowa nie zmieni formułek, i na szczęście pieczystego, niezmiennie doskonałego, mimo stania nad nią godzinami wobec nieodgadnionej tajemnicy jaką w kuchni czyni.
Tak jak przy moim Dziadku stałem i podglądałem jak ziemniaki z cebula i kiełbasą robi. Każdy ziemniak brązowy był i chrupiący niczym frytka, cebula niespalona i kiełbasa prawie wędzona. Gapiłem się godzinami i nic.
Każdy ma swoje tajemnice, których choćby w duszę jakimś mikroskopem zaglądać nie wydobędziemy i nie dowiemy się o nich niczego.
Możemy tylko naśladować.
Chodzić tymi samymi ścieżkami, co nasi „nieobecni”, wspominać ich talent, na który parskali by śmiechem.
Mój Dziadek polędwicy chyba nie jadł nigdy w życiu.
Jemu dedykuje to danie słysząc jego śmiech, kiedy patrzy na zdjęcie powyżej i widzę jak swój wielki paluch wbija w mój misternie uformowany kopczyk ziemniaków kwitując – a po co to tak żeś zrobił, przecież patyki i kije, wszystko w dupie zgnije.
No cóż, z za Buga był i liczył się dla niego tylko smak i prostota.
Jak to było podane, znaczenia zupełnie nie miało.
Siedzi w niebie i śmieje się, że staram się jak jakiś fircyk w zalotach.