Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zupy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zupy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 września 2011

Zupa z grillowanych pomidorów


Kiedy żem ze studiów w rodzinne strony witał, z „podwójnym bagażem” - Dziadek witał mnie zawsze w jednakowy sposób.
- Dobrze wyglądasz – powiadał na mój przyrośnięty do ciała 15 kilogramowy nadbagaż.

Moje próby zostania wegetarianinem ocieniał również w jednakowy sposób.
- Znikniesz niebawem, skóra i kości.
I podsuwał talerz gołąbków z ryżem i mięsem lub zupę, w której widać było przede wszystkim ryż a czasami mały makaron muszelki.
Czuć w niej jednak było te wspaniałe pomidory, które rosły na działce, i którymi zajadałem się jak najlepszymi owocami.
W moim osiedlowym warzywniaku pani sprzedawczyni nie potrafi powiedzieć skąd są pomidory.
- Przecież pomidor to pomidor.
- Jak wróci szef to zapytam.
Kiedy w końcu uda mi się zdobyć dobre pomidory robię prostą zupę pomidorową.





Aromatyczna zupa z grillowanych pomidorów
1 kg pomidorów

2 łyżki oleju słonecznikowego
2 ząbki czosnku – lekko rozgniecione
0,5 l wywaru warzywnego lub lekkiego bulionu
½ łyżeczki płatków suszonej papryki
100 ml soku pomarańczowego
2 łyżki świeżo startego pecorino
1 łyżka świeżego oregano
1 łyżeczka listków bazylii





Rozgrzej piekarnik do 240 stopni Celsjusza.

Posmaruj pomidory oliwą i połóż na blasze.
Piecz około 20 minut aż pomidory zaczną się przypalać.
Będą miały miejscami czarną skórkę.
Poczekaj aż ostygną.
Usuń stwardniałe miejsca i pestki lub przetrzyj prze sito (przetarłem przez sito).
Przetarte pomidory i resztę składników – oprócz sera - włóż do garnka i gotuj na malutkim ogniu 15 minut.
Dopraw do smaku solą i pieprzem.
Wyjmij czosnek z zupy.
Połóż na środku talerza jednego grillowanego pomidora i posyp serem pecorino.
Polej zupę kilkoma kroplami oleju słonecznikowego i odrobiną świeżo mielonego pieprzu.

Smacznego


wtorek, 24 maja 2011

Pocałował kalafior małże



W dawnych czasach nieodłącznym elementem wszelakich festynów, na których nawet czołgi można było podziwiać – no bo nic innego wtedy nie było godnego podziwiania - była wojskowa, polowa, „maszyna” do robienia grochówki.
Przyciągała olbrzymie kolejki chętnych.
Chyba większe niż dostojne amfibie i rusznice.
Jak to mówi mój przyjaciel Jacek P. – najpierw dla ciała, potem dla ducha.
Nigdy odwrotnie.
Dźwięki z głodnego brzucha zagłuszyć mogą największą kanonadę efektownych dział samobieżnych.
W tamtych czasach w polskich domach nie wydziwiano z krewetkami czy mulami bo ich po prostu nie było.
Omlet czyniony przez jakiegoś odszepieńca budził zdumienie.
Nie powiem, że nie jadano smacznie – przypraw używając tyle co kot napłakał.
Smak potraw brał się z „dobroci” produktu.
Z soczystej marchewki, aromatycznej pietruszki i selera czy słodkich pomidorów.
Bardzo lubiłem zupę warzywną, która moja Babcia robiła z warzyw wyrośniętych na Działce.
Wrzucała do gara co akurat było dostępne na działce i czyniła – tak myślę – improwizowany warzywny bulion, w którym płyn występował chyba tylko dla zasady jako lekki sos do tych warzyw.
Podobne w strukturze zupy robią Azjaci.
Inne wszak stosując ingrediencje ale jakoś kojarzą mi się z tamtą pachnącą i bogatą w smaku zupą.
Czasami lądował w takiej zupie rak, którego Dziadek łapał chodząc na ryby.
Wszyscy się wtedy zastanawiali: co do cholery jest w tej zupie takiego, że jest taka smaczna.
Ten drobny dodatek – o którym przez długi czas nikt nie wiedział – był jak świeża wanilia do deseru.
Chciałbym zjeść kiedyś taką zupę ale mogę tylko wspomnieniami przywoływać pewne smaki, które dziś w improwizowanym szale odtwarzam w mojej kuchni.

czwartek, 5 maja 2011

Szparagowe "veloute"


Ta delikatna i jedwabiście gładka zupa jest zapowiedzią pięknego lata.
Jest aromatyczna i łagodna.
Pełna wczesnego wiosennego słońca.
Można ją podawać gorącą lub mocno schłodzoną.

Już starożytni Egipcjanie traktowali szparagi jako pokarm bogów, co widać na hieroglifach wyrytych na kamiennych tablicach z królestwo faraonów (Starożytny Egipt – około 6000 lat p.n.e.)
Później - rzymski pisarz Katon Starszy opisał tak dobrze wtedy znaną roślinę jako „gulae blandimentum” – co można przetłumaczyć jako: pochlebstwo dla podniebienia, a Apicius – (Coelius Apicius – autor pierwszej znanej rzymskiej książki kucharskiej z I w.) zalecał szparagi jako pierwsze danie na zaostrzenia apetytu.
W połączeniu z jajkiem i pieprzem miało pomagać w rozniecaniu miłosnych rozkoszy.
Pędy szparagów były również zachwalane przez Pliniusza jako "warzywo Wenus" (Wenus – bogini miłości) , a jego brak w jakichkolwiek epikurejskich świętach był nie do pomyślenia (epikureizm (około 300 r. p.n.e.): kierunek filozofii, którego najważniejszym zagadnieniem był problem – szczęścia).
W średniowieczu szparagi zniknęła z kuchni.
Rozkosze miłosne, które ponoć miały wzniecać nie były w tym okresie mile widziane przez kościół.

piątek, 17 grudnia 2010

Kartoflane cappuccino z pudrem z boczku


Był okres,kiedy na działce Dziadek sadził ziemniaki. A z boczku rosły dwie jabłonie. Papierówki.
Jabłka uwielbiałem a kartofle jakoś mniej.
Nigdy nie lubiłem tej ugniecionej breji, tego rozgotowanego kleksa na talerzu nie cierpiałem.
Za smażone z cebulą i boczkiem, które często przyrządzał Dziadek dałbym się pokroić.
Kroiłem ziemniaki a Dziadek smażył.
Z boczkiem - a ja stałem z boczku i się przyglądałem, łapska prawie do gorącej patelni wkładając z niecierpliwości.
Zawsze chadzałem swoimi ścieżkami, byłem nieco z boczku i nie chodzi o mą tuszę ma się rozumieć.
Szlachecki rozmiar pojawił się u mnie dużo później.
I nie jestem przekonany czy to wina boczku.
Raczej wina.
Dziś spotkanie 3 rzeczy, które bardzo kiedyś lubiłem:
- kartofli
- jabłek
- i boczku.

poniedziałek, 4 października 2010

Zupa dyniowa – po karaibsku i spotkanie z "gazetą wyborczą"


foto - Arkadiusz Wojtasiewicz


foto - Arkadiusz Wojtasiewicz

foto - Arkadiusz Wojtasiewicz

foto - Arkadiusz Wojtasiewicz

foto - Arkadiusz Wojtasiewicz

foto - Arkadiusz Wojtasiewicz
Michalina Łubecka (korespondentka "Gazety Wyborczej, miesięcznika "Kuchnia") w mojej kuchni

Za granicą szukam restauracji, które wyglądają tak, jakby uderzyła w nie bomba, gdzie siedzą miejscowi i jedzą proste dania - mówi Eugeniusz Bareya, autor kulinarnego bloga.

środa, 12 maja 2010

Szczawiowa w bułce


Prędzej do frezarki głowę bym włożył niż szczawiową zjadł, myślałem kiedy Dziadek tego chwasta zbierał na polu i kazał mi go na miejscu posmakować.
Przysiąc bym mógł, że wszystkie okoliczne krowy odwróciły w tamtym momencie swe łby, kiedy wykrzywiłem swoją twarz jakby dostała się w szczęki imadła. Zawyłem prawie i myśl mi przeszła takowa, że mój Dziadek zwariował, aby po polu łazić i zbierać wiktuały na nasz przyszły obiad.
Wyobraziłem sobie po prostu, że parsknę tą zupą przy obiedzie na domowników zamieniając nasz dębowy stół w zwykły chlew i będę miał spokój do końca świata.
Jedna kontrolowana akcja zapewni mi szczawiową nietykalność.

poniedziałek, 25 stycznia 2010


Jeśli przechlejecie całą kasę na łyk-end i następnego dnia dopadnie was kac; jest dobry sposób, aby s...syna utopić w czymś naprawdę prostym. 
Prowansalska zupa czosnkowa nazywa się „aigo boulido” – wrząca woda. Nie brzmi zachęcająco. Zapewniam – warta jest tego krótkiego czasu na jej przygotowanie i skutków, jakie wywołuje.