Stawało się przed rodzicielskim audytorium i był pasztet.
Zamiast noża był szlaban.
A tak między nami - to była raczej pasztetowa w grubym flaku i wyglądała jak za krótki i powyginany wąż boa w nieznanym kolorze.
Jadłem ją nawet na studiach, była tak dobrej jakości.
Niekoniecznie zreszta chodziło o jakość bo osobiste finanse były przesunięte nie w kierunku lodówki a barku, który co prawda mógł się mieścić w lodówce o ile się taką posiadało.
Pasztet, ten z foremki, pieczony w piekarniku pojawił się dużo później.
Zawsze był dla mnie czymś nieosiągalnym tak, jak produkty do niego użyte: królik, bażant, dzik itp.
Podziwiałem go bardzo długi czas zanim sam się za niego wziąłem z różnym skutkiem ma się rozumieć.
Pasztet był dla mnie produktem z mięsa.
Kojarzyłem go tak samo jak kotleta czy hamburgera.
Konkretnie danie z konkretnych produktów.
Tak mi się przynajmniej wydawało.
Potem przyszły polędwiczki z kury, kotlety z tofu, kiełbaski bez mięsa i steki nie wiadomowo z czego.
Byłem przekonany, że nie może być czegoś takiego jak rostbeef z ciasta czy dziczyzny z indyka.
Tak samo było z pasztetem.
Musiał mieć w sobie mięso, tak samo jak człowiek serce.


