Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pasztety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pasztety. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 marca 2011

Bobkowy pasztet selerowy



Pasztet to była kiedyś „nieciekawa sprawa”.
Stawało się przed rodzicielskim audytorium i był pasztet.
Zamiast noża był szlaban.
A tak między nami - to była raczej pasztetowa w grubym flaku i wyglądała jak za krótki i powyginany wąż boa w nieznanym kolorze.
Jadłem ją nawet na studiach, była tak dobrej jakości.
Niekoniecznie zreszta chodziło o jakość bo osobiste finanse były przesunięte nie w kierunku lodówki a barku, który co prawda mógł się mieścić w lodówce o ile się taką posiadało.
Pasztet, ten z foremki, pieczony w piekarniku pojawił się dużo później.
Zawsze był dla mnie czymś nieosiągalnym tak, jak produkty do niego użyte: królik, bażant, dzik itp.
Podziwiałem go bardzo długi czas zanim sam się za niego wziąłem z różnym skutkiem ma się rozumieć.
Pasztet był dla mnie produktem z mięsa.
Kojarzyłem go tak samo jak kotleta czy hamburgera.
Konkretnie danie z konkretnych produktów.
Tak mi się przynajmniej wydawało.
Potem przyszły polędwiczki z kury, kotlety z tofu, kiełbaski bez mięsa i steki nie wiadomowo z czego.
Byłem przekonany, że nie może być czegoś takiego jak rostbeef z ciasta czy dziczyzny z indyka.
Tak samo było z pasztetem.
Musiał mieć w sobie mięso, tak samo jak człowiek serce.

poniedziałek, 20 września 2010

Królik, bezkarkówka, jego żona i pasztet w barze

Od kiedy wizja "fantastyczna" własnego baru "tapas" mnie nawiedziła i wirtualnych Klientów żem zdobył całkiem sporo; i nie tylko wirtualnych, bo przy każdej okazji, spotykając przyjaciół, prawie im i ględze, wizję im zdaniami podrzędnie złożonymi próbuje unaocznić, a oni - sądząc po minach - całkiem szczerze, życzą mi powodzenia dając nadzieję, że kasa w barze pod koniec dnia niekoniecznie stała by pusta.
Szukam od jakiegoś czasu dań, które nadały by się na małe przekąski, zdolne największego kulinarnego zombie przekształcić w zdrowego entuzjastę "małych dań", spotkań z przyjaciólmi i rozmów do późnej nocy, ale co mi tam zombie jak do baru "bezkarkówka" wtoczyć się może i wtedy na wyżyny trzeba się wznieść będąc na wykładanej kafelkami podłodze.
- Szeeeeeeef.
- Tak?
- Na dziewiątej "bezkarkówka. 

czwartek, 27 maja 2010

Marsalet - słodki pasztet z wątróbki z Marsalą


W czasach, kiedy do Liceum uczęszczałem, niejednokrotnie piwo i suche bułki stanowiły nasz całodzienny prowiant. Czasami była to kasza smażona na patelni we wodzie z solą, bo brakowało masła i wszelakiego tłuszczu. Nasze „zasoby” kurczyły się jeszcze szybciej, kiedy zielonogórski browar wprowadził Jubilata – pierwsze piwo, które miało zdecydowanie prawie 5 procent alkoholu.
Do osiedlowego sklepiku przyszliśmy, aby zakupić wspaniałej pasztetowej we flaku, by zrobić Jubilacką ucztę. Pasztet, chleb i piwo. Święta trójca tamtych uczt.
Po skrupulatnym podliczeniu resztek pieniędzy stwierdziliśmy zupełnie bez kalkulatora, że wystarczy nam na18 dekagramów pasztetowej.
- Poproszę 18 deko pasztetowej rzuciłem do poważnej pani za kasą, która wielkim toporem cięła mięso jak włosy żyletką.
Odwróciła się z miną pokerzysty lekko się uśmiechając. Wyjęła wskazaną przez nas pasztetową, położyła na desce i jednym ruchem przecięła ją z gracją ćwiczoną całe jej Społemowskie życie.
- Prosz… powiedziała rzucają pasztetową na wielką wagę, której długa wskazówka pobiegła szybko gdzieś w rejony około kilogramowe, zachwiała się, znowu wyskoczyła z impetem ponad pół kilo i zatrzymała się na prawie 19 dekagramach.
Uśmiechnęła się do nas jak do synów wracających do domu z długiej wojaczki.
- Może być, co? – zapytała retorycznie i zaświeciła ponownie swoimi żółtymi ząbkami. Dumna i wyniosła, znana ze swej cyrkowej zręczności.
- Nie - powiedział mój kolega.
Podał odliczone pieniądze i trzy sieroty – bo tak właśnie wyglądaliśmy – obserwowały jak szanowna pani rzeźnik wydłubuje długim nożem nadmiarowe deko, które z ostrego noża zawędrowało do jej ust i tam znikło.

Podobno najlepszym sprawdzianem dla dobrego kucharza jest pasztet. Wymieszanie tych wszystkich ingrediencji, które mają w całości stanowić „nowość” smakową to nie lada sztuka. Tu również pomyłka o kilka deko może spowodować skutki, których się nie spodziewamy. I nie do końca jestem przekonany czy to naprawdę źle.
Zrobienie własnego pasztetu jest równie wspaniałe jak zrobienie dobrego chleba na zakwasie. Kuchnia pęka w szwach od zapachu a na korytarzu ludzie szukają drzwi skąd dobywają się te wspaniałości i szeptają, że: ci to maja dobrze. Bo mają…